Jeżeli już tu jesteś, a moje opowiadanie Ci się spodobało - zostaw coś po sobie C: Jakiś komentarz, pochwałę, krytykę (byle konstruktywną).
Takie rzeczy naprawdę wiele dla mnie znaczą, bo dzięki nim mam świadomość, że ktoś tu jest i mam dla kogo pisać :3

sobota, 14 stycznia 2017

Halo?

  Witam serdecznie po jakże długich dwóch latach. W sumie zastanawiam się czy jeszcze kogokolwiek witam :c Muszę przyznać, że to szmat czasu i nie zdziwiłoby mnie gdyby już naprawdę nikt tu nie zaglądał. Muszę też powiedzieć, że widziałam każdy pojawiający się co jakiś czas komentarz i doceniam, że komukolwiek się chciało <3

  Nie będę się tłumaczyć dlaczego zniknęłam, po prostu zadziało się parę rzeczy tu i tam, straciłam zainteresowanie wieloma rzeczami, ale nigdy o blogu nie zapomniałam. Teraz, piszę ten post, bo szczerze mówiąc zaczyna łapać mnie jakaś nostalgia do tego piekielnego tasiemca i do tego co chciałam tu stworzyć i tym razem wrócić naprawdę. To byłoby dla mnie ogromne osiągnięcie gdybym w końcu cokolwiek skończyła :")

  W każdym razie zanim pojawi się tu cokolwiek treściwego minie jeszcze troszkę czasu, bo historia w pewnych miejscach mi się zatarła i muszę ją od nowa rozplanować. Chciałam po prostu dać jakiś znak, że żyję. Zaktualizowałam nawet swój profil (podałam mojego twittera gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować i trochę pokrzyczeć xD).

Także tego, na razie ode mnie to tyle, widzimy się, mam nadzieję, niedługo! C:

wtorek, 30 grudnia 2014

Piękna noc (oficjalny powrót)

No...jak to mówią - jaki Nowy Rok, taki cały rok. I choć jeszcze jest 31 grudnia, to i tak zacznę teraz i mimo wszystko będę trzymać się tego porzekadła. Dorzucę regularne pisanie do listy postanowień noworocznych XD

Tak kochani, powróciłam. Mam nadzieję, że ostał się tu ktoś jeszcze by powitać córkę marnotrawną ;__;
No i co ja mogę powiedzieć...zaprzedałam swoją duszę zbyt wielu fandomom i ciężko było wyrwać mi się z ich szponów xD Nic mnie nie usprawiedliwia :c
Wielokrotnie chciałam napisać coś o zawieszeniu, ale jakoś tak...meh. No i w trakcie tych, o zgrozo, dziesięciu miesięcy coś tam obiecywałam i wychodziło jak zwykle.

Ale koniec z tym! Muszę się solidnie wziąć za siebie i za to opowiadanie, bo faktycznie - trochę żal xD

Zapraszam, kochani :3
-------------------------------------------------------------

  Siedziałam sobie na wybranym przez siebie futonie, opierając się o ścianę i z uśmiechem rozglądając po pokoju. Było naprawdę całkiem przytulne i nawet towarzystwo Yumichiki nie zepsuje tego wrażenie. A skoro o wilku mowa...
-  Całkiem ładna noc, nieprawdaż? - powitał mnie pytaniem od samego progu, wycierając dłonie w ściereczkę. Still fabuolus.
-  No nawet – musiałam przytaknąć, wyglądając przez okno.
-  Wiesz, niezbyt podoba mi się fakt czekania do jutra – powiedział nagle – co powiesz na drobny, no ja wiem...patrol? Tak sprawdzić, czy wszystko gra.
-  Hm...brzmi kusząco – uniosłam jedną brew i uśmiechnęłam się lekko. W ramach odprężenia, można się skusić na spacerek w blasku księżyca. Brzmi to trochę romantycznie, co mnie z lekka przeraża, ale lepiej o tym nazbyt nie myśleć.
  Wstałam na nogi i przeciągając się, poprawiłam miecz u boku. Chwilę potem (co aż dziwne) Piórkowaty także był gotowy, więc wyskoczyliśmy przez okno i zatrzymaliśmy na pobliskim dachu.
-  W którą stronę idziemy? - spytałam, wdychając głęboko chłodne powietrze.
-  Wybieraj, mam dość dobry humor, więc pójdę ci na rękę – odparł.
-  Hm... - zamyśliłam się rozglądając na boki – chodź więc...tam! - wskazałam palcem kierunek, który wiódł nad wodę.
-  Niech zatem będzie!
  Wyskoczył do przodu, a ja długo się nie zastanawiając, podążyłam za nim i nic nie mogłam poradzić na uśmiech, który wpływał na moje usta. Biegliśmy tak nie zwracając za bardzo uwagi na to, co nas otacza. Oczywiście, gdyby gdzieś po drodze znalazł się jakiś zabłąkany Hollow, załatwilibyśmy go na spokojnie, ale było dziś wyjątkowo cicho. Byłoby mi nawet smutno z tego powodu, ale piękno tej nocy wynagradzało brak zabawy. W pewnym momencie, gdy do rzeki zostało jakieś 500 metrów, postarałam się nieco bardziej i wyprzedziłam Yumićkę, przez co pierwsza stanęłam na brzegu. Tu wszystko wydawało się o wiele lepsze. Nie umiałam znaleźć słów na opisanie tego widoku, więc po prostu stałam z zapartym tchem. Zamknęłam na chwilę oczy ciesząc się ogólną atmosfera i chłodkiem, aż po chwili zmogło mnie przytłaczające zimno, a zaparty oddech zmienił się w jego całkowity brak. No jasne, a jakżeby inaczej...
-  Czy ciebie do reszty pogrzało?! - zawyłam odgarniając mokre włosy z twarzy, dysząc niczym rozjuszony byk.
-  No proszę cię, myślisz, że wpadłbym na tak prymitywnym pomysł? Stać mnie na o wiele lepsze „dowcipy”.
-  To w takim wypadku, panie Mądry co ja robię w tej wodzie?!
-  Nie chciałbym ZNOWU obrażać twojej gracji, ale ja wiem, może po prostu wpadłaś? Jakbym miał takie nogi jak ty, to nie wiem jakim cudem nie potykałbym się o nie...
-  Nic już nie mów... - odparłam zgorzkniale i wyczłapałam na brzeg. Niezbyt fajnie jest być tak całą mokrą, nawet nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Stałam jak taka ofiara losu, cała ociekając i wyglądając jak kupka nieszczęścia, patrząc na niego żałośnie.
-  Niezdara – mruknął, ale przewrócił oczami z lekkim uśmiechem.
-  Może tego nie wiesz, ale zdaję sobie z tego sprawę – odburknęłam. No w sumie to nie mógł być on, nawet nie poczułam żadnego szarpnięcia ani pchnięcia. Coś jakby mnie tylko przesunęło, albo...albo nawet nie wiem co. Wycisnęłam wodę z włosów i kimona, nadal drżałam, a na całej skórze pojawiła mi się gęsia skórka. Wprost cudownie.
  Złożyłam ręce na piersiach i zaczęłam iść wzdłuż brzegu. Niedługo potem podbiegł do mnie partner i szliśmy sobie w ciszy niesamowicie różniąc się nastawieniami. Bo cały urok nocy szlag wziął i trafił. Znaczy no powoli mi mijało, bo ciężko się wściekać, kiedy obok promieniuje taka chodząca radość.
-  Bawi cię taka sytuacja, prawda? - mruknęłam znając odpowiedź.
-  Jak najbardziej – odparł.
-  Mógłbyś chociaż udawać – wygięłam usta w podkówkę.
-  Nie ma mowy – odparł, po czym niemal nie wyglebał się na twarz. W ostatniej chwili złapał równowagę, a jego oczy wyglądały jak dwa spodeczki. Bo co by się przecież stało, gdyby upaćkał się błotem? Koniec świata by się stał.
-  Oh, panie zdarny, a cóż to się stało? - podparłam dłońmi boki, wytykając język, podczas gdy on wpatrywał się gdzieś w przestrzeń przed sobą.
-  Spójrz – wskazał palcem coś przed sobą zupełnie ignorując moją zaczepkę.
  W pierwszej chwili zmarszczyłam brwi, ale po drugiej podążyłam za jego ręką i skupiłam wzrok.       Faktycznie, coś tam było...przypominało psa, ale zdecydowanie tym nie było. Hasało sobie wesoło i merdało ogonem, ale pojedyncze skrzydło i dość długi jęzor ciągnący się po ziemi jednoznacznie dowodził, że to na pewno nie jest zwykłe zwierzę.
  Spojrzeliśmy po sobie, po czym na równoczesne kiwnięcie głowami podskoczyliśmy do tego, by bliżej się przyjrzeć. A tego co zobaczyliśmy, to żadne z nas się ani trochę nie spodziewało. Ciężko to było w ogóle zwierzęciem nazwać, ale Hollowem także nie było. To było...po prostu sobą. Wesoło hasało między naszymi nogami widząc, ze wreszcie ktoś zwrócił na nie uwagę, nie dawało się sobie przyjrzeć. Jedynie to, co widzieliśmy z daleko okazało się prawdą. Oprócz tego okazało się, że jest płaskie niczym kartka papieru i tak samo białe. Zupełnie jakby ktoś je wyciął i dał mu życie. Żeby być szczerym, wyglądało jak dziecięcy rysunek.
-  No hej, kolego – kucnęłam i wyciągnęłam ostrożnie dłoń. Z dotychczasowej obserwacji nie wydawał się groźny, więc zaryzykowałam.
  Przystanął na chwilę, po czym wywalając jęzor i mało się o niego nie potykając, podbiegł i wcisnął swój łeb pod moją rękę, niestety rozcinając ją. Ah, ten papier. Czerwona ciecz zbroczyła jego łeb, lecz on wydawał się tym przejmować. Ja z kolei syknęłam i stanęłam, przyglądając dłoni. Rana nie była głęboka, ale wymagała opatrzenia. Jedyne co mogłam zrobić, to oderwać kawałek materiału z nogi i owinąć ją mokrym kawałkiem.
-  Jak myślisz, co to jest? - spytał Ayasegawa, okrążając to w bezpiecznej odległości.
-  Nie mam zielonego pojęcia – odparłam najszczerzej jak mogłam – ale...jest na swój sposób urocze, to trzeba przyznać.
-  Coś takiego jest dla ciebie urocze? Uh, czemu ja się dziwię – pokręcił głową z dezaprobatą i dał sobie spokój.
-  Myślisz, że to po to nas tu wzywali?
-  Dla takiego bohomazu?
-  Sądzę, że jeśli to jest problem, to pewnie jest ich o wiele więcej w okolicy. Ale z drugiej strony, co taki...słodziak może zrobić? Chyba pociachać krawędziami, aż się ktoś wykrwawi.
-  Albo...zjeść. Jak Hollow.
-  Ale Hollowem nie jest.
-  To nie ważne. Może się powtarzam, ale spójrz. I posłuchaj.
-  Co...? - chciałam już spytać, ale przyłożył mi dłoń do ust by mnie uciszyć i siłą odwrócił w stronę, gdzie sam się wpatrywał. Ta noc owocuje w coraz większe atrakcje.
  Naszym oczom ukazał się iście groteskowy widok. Małe stadko podobnie płaskich i papierowych stworów, lecz o wiele większym rozmiarze i zdecydowanie bardziej wkurzonych goniło właśnie już ledwo co krzyczących ludzi. Mało się nie potykali o własne nogi i nawet z naszej perspektywy widać było, że brakowało im sił. Stałam jak wryta zaledwie przez moment. Po chwili wysmyknęłam się spod dłoni Yumichiki i biegłam w ich stronę by odciągnąć agresorów.
-  Czekaj! - krzyknął za mną, ale nie zamierzałam go posłuchać, bo jeden z uciekających właśnie się potknął. Jakie to typowe.
  W momencie, gdy papierowe zęby nieuchronnie zbliżały się do śmiertelnie przerażonego faceta, zdążyłam wskoczyć pomiędzy nich. Kły ułamały się na klindze miecza, a nocne powietrze rozdarło dzikie wycie. Stałam pomiędzy ludźmi wypluwającymi płuca, którzy właśnie ponownie zbierali nogi za pas, mądrze korzystając z sytuacji, że potwory się zatrzymały, a właśnie tymi...wytworami prawdopodobnie dziecięcej wyobraźni.
-  Czyli to jednak o to chodziło – stwierdziłam.
-  Znakomita dedukcja – rzucił sarkastycznie, stając obok mnie i kładąc dłoń na rękojeści swojego Zanpakutou.
-  Chociaż w takim momencie byś mi odpuścił, wiesz? - burknęłam.
  No cóż, teraz trzeba zająć się tym papierowym problemem. Walka sama w sobie nie odbiegała od takiej standardowej. Ot, skakanie, wymachiwanie mieczem i inne takie pierdoły. Problem się robił, kiedy próbowaliśmy je pokonać. Ogółem ile problemu może zadać zwalczenie dużej, żyjącej kartki papieru, która nieustannie chce ugryźć cię w zadek? Sporo, kładąc nacisk na fakt, że masz do czynienia z niecałą ryzą.
  Przez chwilę sądziliśmy, że daliśmy sobie radę. W końcu wojownicy z nas niekulawi. Kiedy staliśmy tak pośrodku pobojowiska, które wyglądało jak pracownia typowego pisarza, a nasz ciężki oddech był jedyną rzeczą jaką dało się słyszeć, otarłam pot z czoła i rzuciłam:
-  To już koniec, prawda? W sensie, na teraz.
-  No chyba tak. Można to wywnioskować po tym, że ich podarte truchła walają się bez życia na ziemi. To chyba wystarczający powód by tak sądzić, nie uważasz? - sarknął.
  Przewróciłam jedynie oczami i obserwowałam, jak mój towarzysz zeskoczył ze sporej górki papieru i schował Zanpakutou do pochwy. Byłabym w sumie poszła za jego śladem, ale jednak stało się coś, co mi na to nie pozwoliło.
  Najpierw był cichy szmer. Potem nieco głośniejszy szum. Jakiś jeden ruch gdzieś za mną, następnie drugi i paręnaście następnych. Grunt uciekał mi spod stóp, a kiedy spojrzałam w dół, okazało się, że te „truchła bez życia” właśnie wstają ponownie. Nim zdążyłam się odezwać, zawrócić Yumichikę, przez noc przetoczył się głośny chóralny ryk z tych części, które zawierały choćby prowizoryczne gardło.
-  O w ciapkę – mruknęłam – a zanosiło się na tak miłą noc.
-  Zaraz...ale jak, do cholery jasnej?!
-  Dobre pytanie...
  Sytuacja nie przedstawiała się kolorowo. I to nie tylko dlatego, że papier był biały. Wszystkie bohomazy pocięte przez nas na kawałki, powstawały na nowo i teraz przed nami stała nieco niższa, acz o wiele liczniejsza armia.
-  To jest chyba jakiś żart. I co my mamy niby z tym zrobić?
-  Kombinuj, byle szybko – rzuciłam odskakując do tyłu.
-  A ty to co? To ma być burza mózgów, nie wywiniesz się, moja droga – odparł szybko idąc w moje ślady i szybko dobywając ponownie broni. Walka ponownie się rozpoczęła.
-  Skoro cięcie nic nie daje...to jak inaczej można zniszczyć papier?
-  Hm...kleks?
-  Świetny pomysł! Mam nadzieję, że zabrałeś ze sobą kilka litrów atramentu!
-  Dobra, przyznaję, głupi pomysł! Masz jakiś lepszy?
-  Wiadome jest, że musimy się ich pozbyć do reszty...
-  Tak, żeby już nie powstały...
  Oboje w tym samym momencie spojrzeliśmy na siebie, a między nami przeskoczyła drobna iskierka zrozumienia, gdy jednocześnie wypowiedzieliśmy słowo:
-  Ogień.
  To był naprawdę świetny pomysł. Papier spala się do popiołu. Popiół nie może walczyć. Świetne! Świetne. Świetne...
  Skąd my do cholery jasnej wytrzaśniemy ogień?! Czy życie jest ciężkie? No idzie się tylko załamać.
  Podskoczyłam do Ayasegawy i podzieliłam się z nim naszym problemem, tak na wszelki wielki by się zbytnio nie cieszył. Spojrzał na mnie typowym wzrokiem „ty zawsze musisz niszczyć zabawę”.
-  Myślę, że wiem skąd można go wziąć. To nawet nie będzie trudne. Problemem jest to, że musiałbym cię zostawić, a my teraz we dwójkę ledwo dajemy sobie radę. Robi się bardzo nieciekawie.
  Tu miał rację. Sytuacja powoli stawała się nie do opanowania. Na lądzie to było praktycznie nie do wygrania. Zaraz...na lądzie... Jedno spojrzenie przez ramię, tylko mnie upewniło. I tak byłam mokra.
-  Leć, wracaj szybko z ogniem. Dam radę – rzuciłam pewnie, ponownie stając do walki.
-  Ty chyba sobie żartujesz. To jest jak samobójstwo! Nie mogę...
-  IDŹ! - ton nieznoszący sprzeciwu, to jednak ton nieznoszący sprzeciwu. Popatrzyłam na niego hardo, a on zagryzając lekko dolną wargę, schował broń i wycofał się. Dobrze, że nie robił dalszych dram.
  Tymczasem ja musiał wcielić swój plan w życie. Aktualnie ponownie znalazłszy się blisko tworów, nie trudno było zmusić je do skupienia swej uwagi na mnie.
-  No już, bestyjki, chodźcie do mamusi... - mruknęłam, stojąc w miejscu. Powinny się nieco rozpędzić, poczuć chcicę. Mnóstwo z nich ledwo się czołgało, a niektóre wręcz przeciwnie – mknęły całkiem szybko. Musiałam zacząć uciekać przed tymi sprawniejszymi, to one obierając sobie mnie na cel, stały się moim.
  Na szczęście pole bitwy nie znajdowało się wcale tak daleko od wody. Już niedługo później wskoczyłam do wody, a rozpędzone potworki nie zdążywszy wyhamować powpadały za mną. Te, którym los nie sprzyjał i nabrały się na moją pułapkę, miotały się na tafli wody, ale nie mogły w żaden sposób wstać. Były unieruchomione, szybko rozmiękły, a im gwałtowniej się ruszały, na tym więcej części się rozdzierały.
  Spojrzałam na brzeg – te, które dały radę, wciąż chciały mnie dopaść, ale nie widziało im się wchodzić do wody. Odetchnęłam z ulgą – tu jestem bezpieczna, a te cośki nigdzie się nie wybierają. Tak, dałam radę. Uśmiechnęłam się pod nosem.
  Piórkowaty na szczęście nie dał na siebie długo czekać. Niedługo później zawitał z co prawda niewielkim, ale jednak płonącym kagankiem. Oboje wymieniliśmy się pytającym wzrokiem, ale on zaniechał pytania, a na moje niewypowiedziane odpowiedział skrótem:
-  W niemal każdym domu taki mają.
  I więcej mówić nie trzeba. Miałam ochotę palnąć się dłonią po twarzy, ale zważając w jakiej sytuacji jestem, odpuściłam sobie. W czasie gdy oczekiwałam Yumićki, nasze papierowe potworki stłoczyły się ładnie przy brzegu, nieco ułatwiając nam robotę. Co prawda tak mały płomień mimo wszystko natychmiast by zgasł po wrzuceniu w samo centrum. No ale...od czego ma się pomyślunek?
  Mój towarzysz zaszedł to nieco już mniejsze stadko od tyłu i chwytając jedno z nich, takie jakieś bezzębne, podpalił je i kiedy zajęło się całe, rzucił je w tłumek. Wyszłam z wody, by pomóc mu utrzymać je wszystkie w kupie. Na szczęście spłonęły dość szybko i nie sprawiały dalej kłopotu – po prostu ogień wygasł i został tylko popiół. No i niezłe papier mache w wodzie, ale kto by się tam tym martwił.

  Tym razem już ostatecznie mogliśmy odetchnąć. Aż usiadłam na ziemi i padłam plackiem.
-  Świetna noc – rzuciłam.
-  Dawno się tak nie ubawiłem – odparł, ocierając nieco osmoloną twarz.
  Po chwili ciszy oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Chyba nigdy nie czułam tak tej cienkiej więzi, która zdążyła nas połączyć. Usiadł obok mnie na ziemi, czego w życiu bym się po nim nie spodziewała, zważając na jego pedantyczność, a chwilę później zaskoczył mnie jeszcze bardziej, gdy się położył.
-  Yumichika?
-  Hm?
-  Czy ty przypadkiem nie uderzyłeś się w głowę?
-  Co? Dlaczego pytasz?
-  Leżysz obok mnie. Na ziemi. Brudnej ziemi. No wiesz, BRUDNEJ.
-  I tak już jestem cały brudny. A ta noc i tak jest piękna. No i może z raz czy dwa razy.
  Zaśmiałam się cicho, na co on odpowiedział nie głośniejszym chichotem. Dalej leżeliśmy jeszcze jakiś czas w ciszy po prostu wpatrując się w niebo, kiedy nagle dobiegło nas ciche skomlenie. W pierwszej chwili zignorowałam to, lecz potem stało się nieco głośniejsze. Automatycznie uniosłam się na łokciach i rozejrzałam. W jednej chwili moje serce stanęło, a w drugiej się niemalże roztopiło.     Parę metrów od nas przysiadł nasz pierwszy „kolega” i patrzył na nas smętnie z oklapniętym skrzydełkiem. No po prostu żal mi się go zrobiło.
-  Ej, patrz kto chce do nas dołączyć – szturchnęłam chłopaka w ramię. Ten jedynie uniósł powiekę.
-  Wiesz, że jego też będziemy musieli się pozbyć.
  Wiedziałam o tym aż nazbyt dobrze. Ale jakoś nie chciałam o tym w ten sposób myśleć. A gdyby tak...
-  A gdyby tak zabrać go do Urahary? Może chciałby się z bliska przyjrzeć temu – rzuciłam z odrobinką nadziei.
  Tym razem otworzył oboje oczu i zaczął wpatrywać się we mnie świdrująco tymi swoimi fioletowymi oczyma, nieco jak ojciec zastanawiający się, czy spełnić prośbę dziecka o pieska. Nawet całkiem podobna sytuacja. Zmarszczył jedynie brwi, po czym uśmiechnął się lekko i odparł:
-  To może być całkiem dobry pomysł.
-  Dzięki – szepnęłam, po czym przewróciwszy się na brzuch, wyciągnęłam ręce w stronę „pieska”.
  Serce mi się rozgrzało kiedy zobaczyłam jak unosi łeb ze sterczącymi uszkami, a jego skrzydełko zaczyna machać jakby miał zaraz odlecieć. Przytuptał do nas szybciutko, a ja tym razem uważałam, by się nie pokaleczyć. Po dobrej chwili pieszczot, nasz nowy kolega ułożył się między nami i przymknął swe krzywe oczka.
Tak, ta noc jednak była piękna.


---------------------
Uff...mam nadzieję, że nie zatraciłam tego drygu do pisania za który mnie lubicie i podobało się c:

niedziela, 9 lutego 2014

Misja

Um...dzień dobry? ;_;
Z góry chciałam bardzo przeprosić za...chyba jak na razie najdłuższą swoją nieobecność na blogu (nawet nie chcę wiedzieć ile to było...). Miałam pewne problemy ze sobą i z tym blogiem i historią...miałam takie wrażenie, jak by pisanie nie sprawiało mi takiej przyjemności jak kiedyś, nie umiałam się w ogóle zabrać za tę notkę. No ale wczoraj się zmusiłam, i jak przebrnęłam przez swoją blokadę, to dalej poszło już gładko ;w; Bałam się tylko, że wyjdzie za krótko czy coś, ale chyba trzymam się w swoich standardach, huh?

Muszę też przyznać, że zastanawiałam się, czy po dodaniu tej notki nie zawiesić bloga...ale to chyba nie byłoby wyjście. Jedyne co, to muszę kopnąć swoją wenę w cztery litery. Tak :3

Ostatnia rzecz - bardzo, ale to bardzo dziękuję osobom, które od dobrego miesiąca pisały do mnie na asku <3 Chcę wam powiedzieć, że nie ignorowałam nic, wszystko widziałam, jedynie nie odpisywałam, kiedy naprawdę nie wiedziałam co mogę napisać. Bardzo mi teraz wstyd, że dałam się tak złapać w lenistwo, że jestem tu dopiero teraz.

Skończę już się rozckliwiać i przejdę do notki, mam nadzieję, że się spodoba i chociaż tak wynagrodzę swoją długą nieobecność ;w;

Edit: PS. Zapomniałam wspomnieć (i się usprawiedliwić) - przez cały ten czas rzadko kiedy siedziałam przy komputerze, a na telefonie miałam pewien problem z bloggerem, dlatego jestem do tyłu z waszymi blogami - to również postaram się szybko nadrobić ;w;
---------------------------------------------------------------------------------------


  Przez następne dwa dni Yumichika przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy nieudolnie przykryty czym tylko się dało. Nie miał praktycznie na nic siły co odbijało się na mnie – on tylko chodził i stwarzał pozory, ja natomiast robiłam wszystko. Jak zwykle z resztą, ale teraz to zdawało się jakoś bardziej odczuwalne.
  Do tego jeszcze robił z siebie wielce wielką ofiarę, wyglądał jak kupka nieszczęścia i oczywiście obwiniał o wszystko mnie. A mi nie wolno było choćby pisnąć. Bo to przecież wszystko moja wina. Miałam tylko, metaforycznie mówiąc, robić za podnóżek dla pana szlachcica.
  Na szczęście swoje, a zwłaszcza moje dość szybko wrócił do normy (czytaj: stał się ciut mniej zrzędliwy). Od tamtej pory żyliśmy sobie długo i szczęśliwie (albo i nie), do czasu gdy pewnego pięknego dnia, gdy akurat tonęłam w swojej kwaterze w papierzyskach, a Piórkowaty malował razem z Yachiru, dostaliśmy informację, że mamy się stawić u kapitana. Spojrzeliśmy po sobie, po czym powiedziawszy naszej pani porucznik, że jeśli poczeka na nas grzecznie to dostanie wspaniałą nagrodę, wyszliśmy. Przez chwilę się jeszcze martwiłam, czy pomysł by zostawić to cukierkowe tornado sam na sam z raportami, to dobry pomysł, ale stwierdziłam, że Yumi też może raz na jakiś czas wziąć za coś odpowiedzialność. Tak w razie co.
  Gdy stanęliśmy przed drzwiami gabinetu Kenpachi’ego, przez chwilę w ciszy obrzucaliśmy się telepatycznymi uwagami, typu „otwórz te drzwi, głombie”. W końcu dałam za wygraną i zapukałam lekko. Nic. Powtórzyłam to nieco głośniej, lecz wciąż bez odpowiedzi. Spojrzałam na towarzysza, lecz jego wzrok wskazywał jedynie na to, bym kontynuowała. Spróbowałam ponownie i znów będąc zignorowana, po prostu odsunęłam drzwi i weszłam do środka. Przywitał nas w sumie pusty pokój. Tak na pierwszy rzut oka. Bo za drugim, coś się poruszyło, a przy trzecim spadło z hukiem. Z lekkim niepokojem automatycznie wycofałam się, trafiając plecami na stojącego za mną Ayasegawę. Natychmiast odskoczyłam od niego jak oparzona, po czym prychając chciałam podejść do źródła hałasu, ale źródło mnie ubiegło. Zanim wyłoniło się spod biurka pod które spadło, zdążyło przekląć tego, kto zbudował te krzesła, jego rodzinę o kilka pokoleń wstecz i drzewo z którego zostało wykonane.
  Zachichotałam cicho rozpoznając głos owego źródła. Gdy nasz kapitan w końcu wygramolił się  spod biurka, musiałam schować się za Yumichiką, bo zwyczajnie nie mogłam wytrzymać. Naszemu dowódcy lekko zwichrzyły się jego dzwoneczkowe włosy, a wciąż zaspane oczy ciskały piorunami we wszystkie strony. Daliśmy mu chwilę, na doprowadzenie się do porządku, a gdy był już gotowy, ja także już się zdążyłam uspokoić.
-  No to tego – odchrząknął, po czym przybrał poważną pozę, która wyglądała przekomicznie – ten cały Mayuri, wykrył coś w Świecie Żywych i ktoś oczywiście musi iść to zbadać i oczywiście pozbyć się tego, jeśli zajdzie taka potrzeba.
-  A gdzie to będzie? – spytał Piąty.
-  A jak ci się zdaje? – odbił znudzony Kenpachi.
-  Karakura – bardziej stwierdził niż spytał, a na jego usta wkradł się uśmieszek.
-  Bingo. Razem z wami udadzą się tam Abarai i Kuchiki. Wyruszacie jeszcze dziś. Bez dyskusji – uciął rozmowę z taką miną, która jednocześnie mówiła do nas „wy…chodzić mi stąd w podskokach, bo jak nie to nie ujrzycie więcej światła”. Mnie na chwilę zatkało, więc zostałam niemal wypchnięta przez zachowującego zdrowy rozsądek i chęć życia Piórkowatego.
-  Zrozumiałeś coś z tego? – spytałam nieco zdezorientowana.
-  No tak. Ruszamy dziś do Świata Żywych razem z Rukią i Renjim. Tak trudno było załapać? – uśmiechnął się wrednie.
-  Haha, bardzo śmieszne – zmrużyłam oczy posyłając mu mordercze spojrzenie – tyle załapałam. Bo więcej się nie dało. Halo? Co z resztą informacji?
-  Dowiemy się na miejscu – mruknął ruszając z powrotem do Yachiru.
-  Jak to na miejscu? Weź ty mi to wytłumacz, co?
  Patrzył się na mnie przez chwilę badawczym wzrokiem, po czym nagle go coś olśniło.
-  Ty jeszcze nigdy nie byłaś na takiej misji!
-  Brawo, Kapitanie Oczywisty! Teraz możesz mi rozjaśnić sytuację? – spytałam z nadzieją.
-  Ekhem, dowiesz się na miejscu – odparł wciąż idąc przed siebie, zostawiając mnie w tyle z mieszaniną uczuć i chęci, z jednej strony chcącej go natychmiast ukatrupić, a z drugiej szykującej serię tortur odwlekającej ten moment w nieskończoność.

***

  Gdy wracaliśmy do kwatery zdążyłam namówić Piórkowatego, by dokończył za mnie raporty. Było to o tyle łatwe, że właściwie niewiele zostało. Tak czy siak jego mina nie wyrażała już takiego szczęścia, a ja też się domyślałam dlaczego. Niestety moje jadowite myśli, nie spełniły się w rzeczywistości. Yachiru spała sobie grzecznie na podłodze pilnując kupki papierów. Mimo iż żal mi było tego, że Yumichika się nie pomęczy, to tak uroczy widok rozczulił mnie i spowodował, że uśmiechnęłam się pod nosem. Wzięłam koc ze swojego materaca i przykryłam ją, po czym usiadłam obok i wbiłam swój wzrok w chłopaka.
-  Do roboty, chcę się wreszcie napatrzeć, jak pracujesz, bo nie często jest mi to dane.
-  Ha ha – mruknął niezadowolony, ale zaczął pracować. Trzeba powiedzieć, że ma wiele wad, ale przynajmniej dotrzymuje zdania. Bacznie mu się przyglądałam. Widać, że miał o wiele więcej wprawy niż ja, więc szło mu znacznie szybciej. Oparłam brodę na kolanach, ziewając lekko. W sumie kiedy jego twarz nie jest wykrzywiona w szyderczym uśmieszku, jest całkiem całkiem. Po chwili uświadamiając sobie o czym właśnie myślałam, dopadł mnie dziki atak śmiechu. Chichotałam, aż fioletowowłosy uniósł jedną brew obrzucając mnie zdziwionym wzrokiem, a Yachiru obudziła się i spojrzała na mnie zaspanymi oczkami.
-  Witaj pani porucznik – uśmiechnęłam się do niej, na co ona ziewnęła i przeciągnęła się lekko – jak się spało?
-  Dobrze – mruknęła, rozglądając się po pokoju. Czułam, że jeszcze chwila, a odzyska pełnię energii i wtedy się zacznie. Zanim to jednak nastąpiło, młoda wstała i poczłapała do Yumichiki, który z uśmiechem pogłaskał ją po głowie. Ona natomiast ziewnęła jeszcze raz, wytarła jeszcze raz oczy, ale tym razem rękawem Piórkowatego, ku mojej uciesze a jego przerażeniu. Po tym przeciągnęła się i wróciła do mnie z pytaniem wypisanym na rumianej twarzyczce.
-  Buraczkuu~!
-  Tak, pani porucznik? – spytałam jednocześnie usiłując sobie przypomnieć gdzie ja trzymam jakieś zapasy słodyczy.
-  Obiecaliście mi coś, prawda?
-  Prawda, pani porucznik – odpowiedziałam, wstając na równe nogi i podając jej rękę by ją złapała. Gdy już ją uchwyciła, podeszłam do biurka przy którym siedział Yumichika i pchając go biodrem by się przesunął, otworzyłam szufladę i pogrzebałam w niej trochę. Wreszcie z wyrazem tryumfu na twarzy wyciągnęłam dużą paczkę żelek i wręczyłam ją Różowej.
-  To ode mnie. Teraz jeszcze poznęcaj się nad Piórkiem, to odpali ci coś jeszcze – mrugnęłam do niej porozumiewawczo udając, że nie czuję jak towarzysz ciska we mnie piorunami. Uradowana Kusajishi przycupnęła na moim wyrku, natomiast Ayasegawa szarpnął mnie za nadgarstek, bym się do niego nachyliła.
-  Naprawdę musisz mnie wrabiać za każdym razem?!
-  A co, ja mam za ciebie nagrody wydawać? Ufam, że jesteś na tyle samodzielny, by zrobić to samemu – wyszczerzyłam się, za co zarobiłam otwartą dłonią w tył głowy – ej! A to za co?!
-  Za całokształt – burknął i wrócił do pracy, choć nie zdołał przede mną ukryć lekkiego uśmiechu.

***

-  Skończyłeś juuż~? – zapytałam turlając się po materacu. Yachiru już dawno poszła pomęczyć kogoś innego, a ja próbowałam pozbyć się nudy.
-  Jeszcze chwila – mruknął. Przewróciłam oczami i wróciłam do swojej bardzo ciekawej czynności.
  Tym razem jego „chwila” faktycznie trwała chwilę, bo zapisał ostatnie kilka znaków i wreszcie odłożył pędzelek.
-  Zadowolona? – przeciągnął się.
-  Nawet nie wiesz jak bardzo – wymruczałam, przyglądając mu się leżąc na plecach. Świat tak zabawnie wygląda do góry nogami – możesz teraz wreszcie stąd wyjść.
-  Już mnie wyrzucasz? – teatralnie udał obrażonego, podnosząc rękę do ust.
-  Tak – odparłam, wstając i otwierając mu drzwi – doceń, że drogę ci toruję, ty niewdzięczniku!
-  Oh tak, dzięki ci bardzo, o dobroduszna – mruknął i zwlekł się z krzesła, podchodząc do drzwi – bądź gotowa na za godzinę, bo cię nigdzie nie zabiorę.
-  Tak jest, mamo – uśmiechnęłam się serdecznie i zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Odwróciłam się na pięcie i nie bardzo wiedząc, co mam zrobić, przyszykować, zabrać, po prostu poszłam się odświeżyć.

***

  Gdy minęła godzinka, ja już siedziałam przed kwaterami i rysowałam sobie palcem po piasku, czekając na Yumichikę. On, jako księżniczka musiał się oczywiście spóźnić, ale niespecjalnie się tym raczej przejął.
-  Idziemy?
-  Taaesst~! – powiedziałam i powlekłam się za nim.
  Szliśmy sobie w ciszy do bramy Senkai, gdzie czekali już na nas Rukia i Renji. Gdy pojawili się na horyzoncie zaczęłam skakać i machać im, ale ręka Piórkowatego szybko sprowadziła mnie na ziemię i to całkiem dosłownie. Gdy wstałam i otrzepałam się z piachu, zaczęłam biec w stronę swoich przyjaciół nieomieszkając po drodze popchnąć Ayasegawę. „Zemsta jest słodka”, pomyślałam, gdy słyszałam za sobą, jak wypluwa ziemię.
-  Ty żmijo…
-  Oh przestań mnie komplementować, bo się zarumienię – zaśmiałam się i zasalutowałam mu, docierając po bramę.
-  MATSUKI!
-  RUKIA! – krzyknęłam w odpowiedzi, rzucając jej się w ramiona. Dawno się nie widziałyśmy, to też ściskałyśmy się do czasu, aż Renji odchrząknął znacząco, zwiastując nadejście wkurzonego Piątego i że właściwie już czas na nas.
-  No to tego…cześć Renji – powiedziałam, uśmiechając się.
-  Cześć cześć, ale wiesz, zaraz otworzą bramę – odparł.
-  Tak tak, rozumiem, panie-zawsze-wykonuję-swoje-obowiązki.
  Wymieniliśmy się uśmiechami i potem już wszyscy w czwórkę ruszyliśmy. Nie trwało to długo, jakieś pięć minut później wylądowaliśmy na zielonej trawce w jakimś parku. Cieszyłam się, że nie szłam pierwsza, bo to nie ja się wyglebałam. Ja miałam miękkie lądowanie na klacie Abaraia. Z kolei jednak na mnie poleciała Rukia. Yumichika oczywiście majestatycznie stanął obok bez śladu jakiejkolwiek utraty równowagi. Typowe dla niego. Upadki są przecież takie niepiękne.
-  Długo macie zamiar się tak obijać na tej ziemi? – spytał, poprawiając sobie włosy i obrzucając nas dumnym spojrzeniem. Strzelam, że Renji utłukłby go, chociaż wzrokiem, gdyby tylko jednak mógł wstać.
-  Ale ty jesteś wygodny… - pochwaliłam go z uśmiechem, zbierając się na nogi i pomagając mu też się podźwignąć.
-  W innych okolicznościach bym się ucieszył – burknął, wyginając się w tył, aż mu coś w plecach strzyknęło – ajaja…
-  Dasz radę, facet jesteś, nie? – wtrąciła Rukia.
-  Mam takie wrażenie, że jedyny tutaj – szepnęłam jej na ucho z niewinnym wyrazem twarzy. Czarnowłosa zaczęła dławić się śmiechem, podczas gdy Piórkowaty uniósł podejrzliwy wzrok znad lusterka, w końcu to jego fiu bździu przy oczach nie może wyglądać nieodpowiednio.
-  Nic nic, nie przejmuj się. Takie tam, damskie sprawy – pokazałam mu język i wróciłam do reszty. – To dokąd teraz idziemy?
-  Do sklepu Urahary.
-  Do sklepu u kogo? – zmarszczyłam brwi?
-  Nie „u kogo”, tylko Urahary – zaśmiała się Kuchiki – z resztą zobaczysz!
-  No dobra – rzuciłam, rozglądając się po okolicy.
  Chwilę potem wyszliśmy z parku na ulicę. Oni szli pewnym krokiem w znanym sobie kierunku, z kolei ja byłam przytłoczona tymi wszystkimi nowościami. Wielkie metalowe puszki jeżdżące po ulicy, różne sklepy, domy, ludzie… Minęliśmy starszego pana siedzącego na ławce i czytającego jakieś czasopismo. Zatrzymałam się przed nim i przyjrzałam bliżej. Stanęłam za nim i zajrzałam mu przez ramię czytając razem z nim. Artykuł był o czymś, co nazywano „toyota”. Wróciłam z powrotem przed niego i pomachałam mu ręką przed oczami, nie zareagował.
-  On cię nie widzi – usłyszałam obok siebie głos Yumichiki.
-  Szkoda – odparłam.
-  Chodź już, tamte dwa gołąbki już pewnie są na miejscu, a ty tu marnujesz czas na kontemplowanie jakiegoś staruszka – powiedział łapiąc mnie za nadgarstek i ciągnąc za sobą.
-  Ej, nie szarp tak, to boli – warknęłam, wyszarpując rękę z jego uścisku – umiem sama iść, mamusiu.
  Usłyszałam w odpowiedź jedynie westchnienie. Niedługo potem dotarliśmy do budyneczku, nad którym napis głosił „U Urahary”. Teraz zrozumiałam i aż się zaśmiałam z własnej głupoty. Weszłam za Piórkowatym do środka rozglądając się z ciekawością. Właściwie to sklep wyglądał jak każdy inny, dlatego zastanawiałam się, dlaczego w ogóle tu jesteśmy. Odpowiedź na moje pytanie chwilkę potem weszła do pomieszczenia witając nas promiennym uśmiechem.
-  Aah witam w moich skromnych progach, moi drodzy~! – powiedział do nas śpiewnym tonem, machając laską. Nie wiem kto to, ale już gościa lubię. Za kapelusz.
-  Wreszcie jesteście – rzucił Renji wchodząc za nim do pomieszczenia razem z Rukią.
-  Aż tak dużego opóźnienia nie mieliśmy – powiedziałam niewinnie, choć świadoma byłam, że słońce już zaczynało zachodzić.
-  Witaj, Urahara – san – powiedział Ayasegawa, uśmiechając się równie promiennie.
-  To ty jesteś ta…nowa? Jak ci na imię? – blondyn zwrócił się do mnie, przyglądając się bacznie.
-  Kyourinu Matsuki, Urahara – san. – odpowiedziałam grzecznie. Czasem czegoś można się nauczyć od Yachiru, heh.
-  Matsu-chan~! – wyszczerzył zęby, po czym odwrócił się w miejscu i zakrzyknął – Jinta! Ururu! Wszyscy już są, możecie nakryć do stołu!
-  Huh? Może ja pomogę? – zaoferowałam się, ruszając do przodu, ale zostałam zatrzymana wbijającą się w klatkę piersiową laską.
-  Nie ma takiej potrzeby – rzucił blondyn, po czym wyszedł z pomieszczenia.
-  On już taki jest, jak z innej planety – powiedziała Rukia stając obok. Lepiej chodźmy, zaraz pewnie wszystko będzie gotowe.
  Poszłam za nią, spodziewając się wejść na jakieś zaplecze, lecz wyszliśmy jednak do części takiej jakiejś mieszkalnej, czy coś, a konkretnie do salonu z takim szerokim stołem. Usiedliśmy na przygotowanych poduszeczkach i czekaliśmy, aż zawołani przez kapelusznika zrobią co mają zrobić. Okazało się, że była to dwójka dzieciaków, czerwonowłosy chłopak, o niezbyt przymilnym wyrazie twarzy i ciemnowłosa dziewczynka z ogromnymi oczyma. Uśmiechnęłam się do nich, ale jedyną reakcją był jakiś grymas ze strony tego bardzo szczęśliwego. W takim wypadku nie pozostałam mu dłużna i wystawiłam mu język, na co aż się zdziwił. Wyszli potem, a my zostaliśmy w piątkę.
-  Urahara-san, teraz możesz nam wyjaśnić dlaczego tu jesteśmy? – spytał Renji pałaszując swoją porcję.
-  Mógłbym, ale nie zrobię tego dzisiaj. Sprawa jest długa i dość skomplikowana, wolałbym, abyście wysłuchali mnie jutro ze świeżymi umysłami – odparł zapytany sącząc herbatę.
-  Więc dlaczego tu przyszliśmy? Mogliśmy od razu się rozejść – powiedziała Kuchiki unosząc jedną brew.
-  Nie…mam coś dla was, dlatego byliście mi tu potrzebni. Poza tym ty i Abarai-kun moglibyście się rozejść. Oni nie mają gdzie się podziać. – wytknął Urahara.
-  Fakt faktem, prawda to jest. A co dla nas masz?
-  Wasze gigai. Trochę je ulepszyłem, więc powinniście być zadowoleni.
-  Oh, jesteśmy wdzięczni, Urahara-san – wtrącił jak zawsze elokwentny Ayasegawa. Jedynie ja siedziała cicho, przeżuwając powoli swój posiłek.
-  Czy to oznacza, że oni tu zostaną? – spytała Rukia.
-  Tak, z tym że problem jest taki, że mam tylko jeden wolny pokój.
-  Jeden…? – po chwili wydusił z siebie Piórkowaty – to znaczy że my…? Razem…?
-  No w sumie to tak.
-  W sumie, to jestem pewien, że mojej drogiej towarzyszce nie przeszkadzałoby spanie w korytarzu…
-  Ej ej ej. Ej. Ty się za mnie nie wypowiadaj, co? Też się z tego nie cieszę, ale nikogo nie wyrzucam z pokoju. Jeśli się nie pozabijamy to damy radę. Jedno na jednym końcu pokoju, drugie na drugim…będzie dobrze – powiedziałam, choć sama w to nie wierzyłam. To będzie ciężkie…tu wstaw ilość czasu jaki tu spędzimy.
-  Nie ufam ci – mruknął.
-  Vice versa.
-  Ta miłość pomiędzy wami aż razi w oczy – wtrącił Renji z wyszczerzem na twarzy, który natychmiast zniknął, gdy jednocześnie zwróciliśmy na niego wzrok mogący zabijać.
-  Ty się nie wypowiadaj, Abarai – warknęłam.
-  No już, nie psujcie mi atmosfery – rzucił blondyn wstając i na chwilę opuszczając pomieszczenie. Wrócił trzymając cztery zawiniątka i wręczając każdemu po jednym. - trzymajcie swoje gigai, jeśli chcecie, możecie już iść. Jestem pewien, że Kurosaki-kun i Inoue-chan ucieszą się na wasz widok.
  Pozostała dwójka uśmiechnęła się do siebie, wstała i żegnając się wyszła. Zostaliśmy sami, w dość przytłaczającej ciszy. Nawet na siebie nie spoglądaliśmy, jedynie zajęliśmy się jedzeniem. Urahara obserwował nas uważnie, po czym westchnął i uśmiechnął się tajemniczo.
-  Ciężko tu z wami będzie. Jak już skończycie jeść, to dziś do was należy zmywanie. Dogadajcie się jakoś, o ile jesteście do tego zdolni – powiedział i wyszedł.
-  Słyszałeś? Idź pozmywaj – rzuciłam po chwili.
-  A z jakiej racji to ja mam harować? – oburzył się księciunio.
-  Raz na jakiś czas ci nie zaszkodzi.
-  To niesprawiedliwe. A ty co? Będziesz się obijać?
-  Dokładnie.
-  Nie. Tak nie będzie, nie zgadzam się.
-  Eh…no dobra. Powiedz jakąś cyfrę.
-  Cyfrę…?
-  No…jeden, dwa, trzy…kojarzysz coś?
-  Tak, dla twojej informacji nie jestem głupi.
-  Nie wiem, czy mnie przekonałeś. No ale powiedz.
-  Sie…dem?
-  Osiem, wygrałam. Udanego zmywania życzę.
-   Ty…
-   Ja…!
-   …mała żmijo… - nie zdążył skończyć swego „przekleństwa”, bo już przygniatałam go do ziemi przykładając jedną pałeczkę ostrzejszym końcem do jego szyi.
-  Nie przeginaj. – warknęłam.
  Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczyma, ale po chwili uśmiechnął się znacząco i zepchnął mnie z siebie. Zebrał naczynia i opuścił pomieszczenie. Przez chwilę zastanowiłam się, co się właściwie stało, ale z zamyślenia wyrwały mnie ciche kroki.
-  Ej.
-  Hm..? – odwróciłam się za siebie i zobaczyłam tego chłopca…Jintę bodajże.
-  To było niezłe.
-  Ale…co? – spytałam nie bardzo rozumiejąc.
-  No to przed chwilą. Wiesz… - zaciął się na chwilę szukając słów – z tym no…
-  Aa! No tak – zaśmiałam się – z nim to tak zawsze, trzeba go krótko trzymać, bo się zrobi za bardzo wygadany.
-  Fajno. Widać, że nie dajesz sobie w kaszę dmuchać.
-  Dzięki, staram się – uśmiechnęłam się.
-  Ten no…właściwie to Urahara mnie tu przysłał. Mam wam…a właściwie tobie pokój pokazać, gdzie jest i w ogóle – powiedział i wyglądał na coraz bardziej speszonego. Postanowiłam mu niczego nie utrudniać, więc wstałam i trzymając swój pakuneczek pod pachą ruszyłam za nim.
   Przeszliśmy prosto korytarzem i na samym końcu skręciliśmy w lewo. Tam były tylko jedne drzwi, więc nie sposób się pomylić. Odsunął je i wszedł do środka zapalając światło. Rozejrzałam się. Wiedziałam, że nie będzie źle. Miejsca było wystarczająco dużo na nas oboje, może obejdzie się bez ofiar.
-  Ładnie tu – przyznałam, przyglądając się wystrojowi. Pokoik miał nisko sklepiony sufit, zielonkawe ściany z kwiecistymi wzorami. Pod ścianą stał regał, na którym znajdowało się kilka książek, a na podłodze w porządnej, i co ważniejsze – bezpiecznej, odległości leżały dwa futony.
-  No właściwie – mruknął, opierając się o drzwi i patrząc gdzieś w bok.
  Wybrałam sobie leżanko bliżej okna i tam złożyłam swoje gigai.
-  No to…dobranoc, nie? – Jinta przerwał ciszę niepewnym głosem.
-  Miłych snów – uśmiechnęłam się i odetchnęłam głęboko. Tu chyba nawet nie będzie tak źle.

----------------------------------------------------------
No to tyle :3 Mam nadzieję, że następny raz nie wypadnie za pół roku ^^"

sobota, 9 listopada 2013

Wewnętrzny świat

Meh...ja naprawdę tego nie rozumiem. Lenię się niemiłosiernie, a mimo wszystko wciąż przybywa wyświetleń....obserwatorów chyba też. To dla mnie nie do pojęcia :I
Tym razem nie będę przepraszać, bo to chyba i tak nic nie daje. Po prostu podzielę się nową notką i zniknę :c
PS. - mam problem zarówno z pisaniem rozdziałów jak i komentarzy, dlatego przepraszam, że nie komentuję mimo iż wciąż czytam na bieżąco wasze historie...no cóż, mam nadzieję, że nikt tak bardzo się na mnie nie gniewa za moje problemy z weną :C

----------------------------------------------------------------------------


 Dochodziło właśnie południe, gdy wlekłam się ociężale do własnej kwatery. Poszłam z Yachiru do kapitana Ukitake właściwie jedynie po to, by wręczyć jej trochę słodyczy w nagrodę, a skończyło się na tym, że młoda z nadmiarem cukru we krwi latała po całym oddziale jakby miała motorek tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę i co gorsza, kazała mi latać ze sobą. Kiedy ja padłam wyczerpana twarzą do ziemi, ona skakała jeszcze wokół mnie jak dzikus śpiewając, bym wstała. Usiadłam i chciałam spróbować wytłumaczyć jej, że moje pokłady energii wyczerpały się na najbliższy tydzień, lecz ona już mnie nie słuchała. Zrobiła jeszcze rundkę po dywizji, po czym zwolniła i padła na przyszykowaną wcześniej poduszkę głęboko zasypiając. Moje pytające spojrzenie rozbawiło kapitana, który wytłumaczył mi, że podobne sytuacje zdarzają się tu z częstotliwością minimum raz na dwa tygodnie, więc są przygotowani na podobne sytuacje, a nawet można powiedzieć, przywiązani do Kusajishi i jej ekscesów.
  Białowłosy wciąż uśmiechnięty zaproponował mi herbatkę, na co chętnie przystałam. W czasie, gdy jego trzeci oficerowie nawzajem przekrzykiwali się, kto zaleje płynem aromatyczne listki dla swojego kapitana, dołączył do nas dowódca Dywizji Ósmej. Kapitan Kyouraku od razu zażyczył sobie i także spytał mnie, czy może nie chciałabym spróbować herbatki ze specjalną wkładką. Ewentualnie specjalnej wkładki z herbatką. Z powodu iż stronię raczej od alkoholu musiałam grzecznie odmówić, na co kapelusznik zacmokał i powiedział, że jeszcze nie wiem co dobre, ale zobaczę, że jeszcze się nauczę. Do tej pory nie wiem czy mam to traktować jako groźbę.
  Niedługo potem, postanowiłam się już zbierać. W sumie nie ja sama postanowiłam, tylko natarczywe uwagi Hebi-chan zrobiły się dość nieznośne, więc dałam za wygraną. Patrzyłam się przegranym wzrokiem na śpiącą w najlepsze Yachiru, na co kapitan Ukitake powiedział, że przed wieczorem wróci cała i zdrowa i już on tego dopilnuje. Podziękowałam bardzo, wyszłam z pomieszczenia, po czym na spokojnie wróciłam do siebie.
  Po przekroczeniu progu, odpięłam katanę od pasa i padłam na swój materacyk wypuszczając przy okazji miecz z ręki, przez co odsunął się ode mnie na kawałek. Moje wyrko naprawdę nigdy wcześniej nie było tak wygodne...
  "Nie zapomniałaś o czymś?"
-  Jak mogłabym zapomnieć, skoro trujesz moje cztery litery od jakiejś godziny? - mruknęłam nie ruszając się z miejsca - dałabyś chwilkę odpocząć, wiesz?
  "Nie, nie wiem. Jak tu do mnie przyjdziesz, to również odpoczniesz, nawet może bardziej. No chodź!"
-  Już już... - burknęłam otwierając oczy i unosząc na łokciach. Podczołgałam się do odrzuconej broni, po czym usiadłam skrzyżnie i położyłam klingę na kolanach. Ponownie opuściłam powieki i w chwilę potem znajdowałam się w swoim wewnętrznym świecie.
  Dopiero po chwili, po której zebrałam szczękę z podłogi dotarło do mnie, że nigdy tu nie byłam. Po prostu jakoś tak się nie złożyło. Dużo roboty, zmęczenie i w sumie teraz mi z tego powodu aż wstyd.
-  Matsu-chan! - usłyszałam krzyk, po czym coś szarpnęło mnie i przygwoździło do ziemi, jednocześnie zgniatając w stalowym uścisku.
-  Ja też tęskniłam - wystękałam, próbując wyswobodzić się ze śmiercionośnych rąk własnego Zanpakutou.
-  Tak, tak, przepraszam - zaśmiała się nerwowo rozluźniając objęcia - po prostu tak dawno cię nie widziałam, a obserwowałam wszystko co się z tobą działo, że teraz mam ochotę cię przytulać i nie puszczać już nigdy - załkała teatralnie.
-  Oj no bez przesady, jakoś się układa - zachichotałam, po czym wstałam na równe nogi otrzepując mundur i rozglądając się - aż trudno mi uwierzyć, że to mój świat...
Przez chwilę zapanowała idealna cisza, w której wydawało mi się, że coś słyszę. Dźwięk był irytujący i przenikliwy, jednak szybko go zignorowałam. Przeszłam kawałek i stanęłam niemalże w centrum ogromnego, okrągłego pomieszczenia. Z wysokiego sklepienia zwisał na grubym łańcuchu metalowy żyrandol z płonącymi świecami. Ściany zbudowane z szarego kamienia pokryte były wzorzystymi gobelinami. Pomimo takiego wystroju, nie było tu zimno, a nawet wręcz przeciwnie - czuło się miłe i kojące ciepło. Pomiędzy ozdobnikami stały drewniane drzwi. Nad każdymi widniał jakiś napis dotyczący pewnego okresu w moim życiu, lecz na drzwiach, które dotyczyły okresu sprzed mojego trafienia do Rukongai, zawieszone były łańcuchy opatrzone żeliwnymi kłódkami. Obok każdego wejścia stały dwie zbroje z włóczniami w rękach. Spojrzałam w drugą stronę i podeszłam do innych drzwi nad którymi był napis "Rukongai". Bez większych przeszkód otworzyłam drzwi i weszłam do niewielkiej izdebki oświetlanej pochodniami. W środku stały bardzo wysokie półki, na których stały różnorakie gliniane dzbany.
-  Tam są twoje wspomnienia - moje rozmyślania przerwał spokojny, dźwięczny głos Hebi-chan.
-  Te kłódki...to znaczy, że nie mogę się do nich dostać, prawda? Ale...czy tak będzie zawsze? Nie poznam swojej przeszłości?
-  Nie no, skąd! - zaśmiała się. - Te pomieszczenia są puste.
-  Co...? Ale jak to?
-  Tak to. Wszystkie twoje wspomnienia, które się tam znajdowały, aktualnie są tam - wskazała kierunek za moimi plecami. Odwróciłam się,  spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam podobną izbę jak reszta, lecz tym razem bez drzwi. Ruszyłam powoli, a jednostajny szum, który do tej pory słyszałam narastał, aż przerodził się w skrzek. Odruchowo zatkałam uszy i cofnęłam się o krok.
-  Czy możesz...możesz mi wyjaśnić o co chodzi? Jeżeli te, że tak powiem, wrota są otwarte, to dlaczego wciąż nic nie pamiętam? Czy na przykład mogłabym tam teraz wejść?
-  Spróbuj - powiedziała uśmiechając się tajemniczo.
  Przełknęłam ślinę i spojrzałam tam jeszcze raz. Wyczuwałam w tym jakąś pułapkę, ale jeżeli faktycznie nie spróbuję, to się nie dowiem. Zaczęłam iść w tamtą stronę ignorując irytujący dźwięk. Zatrzymałam się na chwilę, walcząc z wahaniem, po czym przestąpiłam jeszcze jeden krok, stawiając stopę na progu. W ułamku sekundy zbroje stojące po obu stronach wejścia skrzyżowały przed mną swoje bronie i odepchnęły do tyłu, przez co wylądowałam na czterech literach.
- Ej! To boli! - uniosłam pięść grożąc blaszakom w powietrzu. Nikt mnie nie będzie tak traktował w moim własnym wewnętrznym świecie! Zasyczałam cicho, po czym odwróciłam się do Zanpakutou - widziałaś to? Co za tupet...ej! A ty z czego się śmiejesz co? To nie jest śmieszne! Wcale!
-  Ależ jest!
-  Wiesz co...?
-  Wiem.
-  ...nie cierpię cię...
  Patrzyłam na nią z pod przymrużonych powiek, lecz ona najwyraźniej nic sobie z tego nie robiła, a nawet miała ze mnie jeszcze większy ubaw. Westchnęłam cicho i nawet sama się uśmiechnęłam, po czym wstałam na równe nogi i wytrzepałam mundur z pyłków.
-  Powiedz mi o co tu chodzi? Czy to znaczy, że nie dostanę się do tych wspomnień, czy co?
-  Ależ skąd. Po prostu masz jeszcze pewną blokadę. To tak, jakbyś potrzebowała dość silnego bodźca by je uwolnić. One znajdowały się w tamtych miejscach, uporządkowane, lecz dzisiaj, gdy, że tak powiem, twoje życie zostało obrócone do góry nogami, zostały zrzucone tam. Ten szum który słyszałaś to zwyczajnie poplątane dźwięki i rozmowy.
-  Jej… - nie wiedziałam co na to powiedzieć. Jestem właściwie tak blisko poznania swojej przeszłości, a zarazem tak daleko. Spojrzałam tęsknie w tamtą stronę.
-  Muszę ci jeszcze powiedzieć…w czasie, gdy twoje wspomnienia „przenosiły się” jedno się wymknęło. Leży tam – wskazała palcem na malutki dzbanuszek stojący obok nogi jednej ze zbroi, którego wcześniej nie zauważyłam. – Lepiej nie podchodź. Udało mi się je obejrzeć nim schowało się w swojej glinianej otoczce. Zapewne sama je też dziś widziałaś. Przykro mi, że pierwsze jakie odzyskałaś jest tak niemiłe.
  Spojrzałam na nią marszcząc brwi, po czym mnie olśniło. Odwróciłam wzrok gdzieś na bok, mimowolnie wędrując w stronę „Przeszłości”.
-  Może chcesz usiąść? Wtedy porozmawiamy na spokojnie. – zaproponowała i nie czekając na moją odpowiedź pstryknęła palcami.
  Odskoczyłam zaskoczona, gdy ziemia pod moimi nogami zaczęła się przesuwać robiąc w podłodze wielką dziurę. Jakby w odpowiedzi na moje uniesione brwi z owego otworu wyłoniły się dwa miejsca do siedzenia.         
  Jednym z nich był tron – na pierwszy rzut oka wydawało się nieoszlifowane, jednak przy bliższych oględzinach zrozumiałam, że te nierówności były celowe. Żelazo zostało tak wyrzeźbione by sprawiało wrażenie, jakby to krzesło tworzyły splątane ze sobą węże. Dotknęłam zimnej powierzchni – idealnie odwzorowywała fakturę łusek. Śliczne.
  Drugie natomiast zupełnie się odróżniało. Przypominało bardziej leżankę niż jakiekolwiek krzesło. Białe obicie sprawiało wrażenie miękkiego i wygodnego.
-  Usiądź na tronie, moja pani – Hebi-chan teatralnie skłoniła głowę, po czym sama podreptała do drugiego miejsca i rozłożyła się na nim.
-  To naprawdę moje…? – spytałam obchodząc je dookoła, po czym siadając na nim. Przez chwilę poczułam się jak prawdziwa królowa. Królowa własnego malutkiego świata.
-  Tak, w zupełności twoje.
  Między nami zapadła cisza mącona jedynie wspomnieniami. Starając się na tym nie skupiać, szukałam dla siebie najwygodniejszej pozycji i w końcu skończyłam z nogami przerzuconymi przez jedną poręcz i głową przewieszoną przez drugą. Ostatecznie zdecydowałam się odezwać, spytać o coś co nie dawało mi spokoju.
-  Ej, jak to jest, że ty możesz słyszeć to co ja? Masz wgląd w całe moje życie, czy co?
-  Można tak to nazwać. Słyszę to co ty, widzę to co ty…nawet wiem o czym teraz myślisz i nie, nie wiem czemu banany nie chodzą w szlafrokach.
-  …to cios poniżej pasa. To są moje prywatne myśli – wygięłam usta w podkówkę i spojrzałam na nią z wyrzutem.
-  Wiesz, mogę takie rzeczy robić, bo mieszkam w twojej głowie. Fajnie tu nawet, całkiem przytulnie. – wyszczerzyła ząbki, a gady na jej głowie zasyczały radośnie. Widząc jednak mój nieco sceptyczny wzrok, kontynuowała – uwierz mi, to jest plus. Mogę być twoją najwierniejszą powierniczką sekretów. Nikomu ich nie zdradzę.
-  Przecież wiem…ale i tak jakoś mi z tym nieswojo… - burknęłam.
-  Eh…zobaczysz, jeszcze to przemyślisz i oswoisz. Teraz pomijając te wszystkie pierdoły przejdźmy do meritum. Chodzi mi o to dzisiejsze zebranie…wiem, że nie chcesz się na to zgodzić, ale wiem też że nie masz wyboru. Pamiętaj, nawet jeśli zostaniesz sama ja wciąż będę z tobą.
-  Przecież wiem…ale chwila, co masz na myśli mówiąc „zostaniesz sama”? – zmarszczyłam brwi.
-  No wiesz… jeżeli opuścisz to miejsce i dołączysz do nich, to to co zostanie po tobie w Soul Society to „zdrajczyni”. Przyjaciele się od ciebie odwrócą, nie będą chcieli cię znać, czy pamiętać…
-  Czekaj – przerwałam jej unosząc rękę i kręcąc przecząco głową – muszę to sobie wszystko poukładać. Nie zdążyłam jeszcze tego dobrze przemyśleć a ty mi tu wyjeżdżasz z takimi smutami…ja chciałam szukać pozytywów, a ty mi o negatywnych stronach. To wszystko dzieje się tak szybko… - jęknęłam.
  Hebi-chan westchnęła jedynie opierając brodę na kolanach.
-  Najgorsze w tym jest to, że muszę zatrzymać to tylko dla siebie. Nie mogę nikomu o tym powiedzieć…
-  Ekhem! – przerwała mi teatralnie odkrztuszając.
-  No tak, wybacz. Czyli znalazłam jeden pozytyw – zaczynam oswajać się z twoimi możliwościami – mruknęłam.
-  No widzisz! Jednak wszystko ma swoje dobre strony! – rzuciła uśmiechając się.
-  Tylko dlaczego ja ich muszę szukać. Jakby same nie mogły do mnie przyjść. I tak mam dużo roboty – westchnęłam z powrotem uwalając się na poręczy.
-  Oj już nie narzekaj, bo w depresję popadniesz i co ja wtedy z tobą zrobię? Myślisz ty czasem o mnie?
-  No jasne, że myślę! Jak mogłabym nie myśleć, skoro wiercisz mi dziurę w mózgu od rana do wieczora swoim szczebiotaniem, które tak usilnie próbuję ignorować?
-  Teraz przesadzasz – wygięła usta w podkówkę – wcale ci nie truję. Ja po prostu staram się zwrócić na siebie uwagę mojej zapracowanej pani…
-  Przepraszam cię – skuliłam się w kłębek na tronie i przymknęłam oczy – obiecuję ci, że jak tylko znajdę trochę czasu to potrenujemy razem, dobrze? Na razie muszę to sobie wszystko przemyśleć na spokojnie i poukładać, bo zwariuję.
-  Trzymam cię za słowo – odpowiedziała, a jej cichnący chichot był ostatnim co usłyszałam nim sen złapał mnie w swoje ramiona.

***

  W momencie w którym w swoim wewnętrznym świecie znalazłam się w objęciach Morfeusza, obudziłam się w świecie rzeczywistym. Zupełnie, jakby Morfeusz wyjął mnie z jednej piaskownicy i wsadził do drugiej.
  Wstałam, przetarłam oczy i przeciągnęłam się, aż wystrzeliły mi wszystkie możliwe kości, po czym położyłam się z powrotem. Westchnęłam głęboko, a następnie obróciłam się na bok i kontynuując – sturlałam się z materaca. Miałam w sumie zamiar już do końca dzisiejszego dnia nie ruszyć tyłka ze swojej kwatery, jednak obecna sytuacja zmusiła mnie do podjęcia radykalnych decyzji. Przeczy to moim zasadom, temu, co sobie ustawiłam jako „całkiem ważne”, lecz w tym momencie lepszych pomysłów nie mam. Jedyne co mam, to zamiar, aby upić się i zapomnieć, chociaż na chwilę. Podejrzewam, że okazję ku temu mieć będę już niedługo. Najlepiej zrobię jeśli udam się do Renji’ego, on na pewno mnie wkręci, a potem pójdzie samo, z górki.
  Jak pomyślałam tak też zrobiłam, więc gdy już wyczołgałam się z pokoju i doprowadziłam do stanu względnej używalności ruszyłam do Szóstej Dywizji, gdzie spotkałam trenującego leżenie w cieniu porucznika.
-  Hej Renji! – przywitałam się przywołując na swoją twarz radosny uśmiech.
-  Cześć młoda – odparł, leniwie unosząc jedną powiekę – jak leci?
-  Całkiem całkiem. Na pewno tobie żyje się lepiej, bo wiesz, taki silny, przystojny i uroczy mężczyzna jak ty pewnie nie odpędza się od kobiet, a do tego tak…pracowity i zręczny…marzenie! Twój kapitan musi być z ciebie dumny i…
-  Wiem, że jestem idealny – wyszczerzył zęby, po czym uniósł się na łokciach – ale teraz powiedz mi z jaką sprawą do mnie przychodzisz, bo nie wierzę, że sama z siebie prawisz komukolwiek komplementy.
-  I do tego jaki mądry i spostrzegawczy! Od razu wiedziałeś, że coś do ciebie ma… - urwałam widząc jego sceptyczny wzrok i przewróciłam oczami – okej, to ja przejdę do sedna, bo mi chyba język odpadnie. Chodzi mi o to, żebyś mi powiedział, czy dzisiaj odbywa się wasz „wieczorek towarzyski” u Matsumoto-san.
-  No z pewnością, a co? – spytał marszcząc brwi.
-  Czy mógłbyś mnie w takim wypadku dziś ze sobą zabrać? – spytałam błagalnym tonem.
-  No tak, nie ma problemu. Jednak z tego co pamiętam, to po ‘tamtej’ imprezie stwierdziłaś, że raczej nie chcesz już w czymś takim uczestniczyć. Dlatego się dziwię.
-  No w sumie tak, ale wiesz – ludzie się zmieniają, te sprawy – machnęłam ręką - ale i tak dziękuję ci. A tak właściwie…czemu nie pracujesz?
-  Cii! – syknął zrywając się i przytykając i mi palec do buzi – ja właśnie ćwiczę chowanie się przed kapitanem i nie chwaląc się jak na razie świetnie mi idzie.
-  No to gratuluję. A weź tylko przypomnij mi – twój kapitan ma czarne włosy, blachodachówki na głowie, szaliczek i lodowate, wdzierające się w głąb duszy oczy?
-  Tak. Niezłą masz pamięć!
-  To nie pamięć, to oczy. On właśnie stoi tuż za tobą i chyba próbuje mnie zabić wzrokiem.
  Jak na komendę Renji wyprostował się obrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Przerażenie zapanowało na jego twarzy, gdy usilnie próbował wymyślić jakąś wymówkę. Wyglądałam zza jego ramienia obserwując rozwój sytuacji.
-  K-kapitanie! Co kapitan tu robi?
- Wyszedłem sprawdzić czy wszyscy robią to, co do nich należy. Zdaje się, Abarai, że miałeś wypełniać zaległe raporty. Zamiast tego jednak widzę, że zabawiasz jakąś pannę, która nawet nie należy do tej dywizji. Jak możesz się z tego wytłumaczyć?
  Chłopak nerwowo miotał oczami na prawo i lewo z nadzieją na jakiś punkt zaczepienia, jednocześnie otwierając i zamykając usta w poszukiwaniu odpowiednich słów, jednak nieefektywnie.
-  Dobrze. Zaprzestań tego intensywnego procesu myślowego, gdyż widać, jak przegrzewają się twoje szare komórki. Najlepiej zrobisz, jeśli natychmiast zejdziesz mi z oczu i wrócisz do swojej pracy. Albo i nie. Rób co chcesz, tylko najpóźniej jutro chcę widzieć te raporty na biurku. Jeśli nie…to chyba nie muszę kończyć, prawda?
-  Tak jest, kapitanie! – wyrecytował czerwonowłosy, po czym oboje obserwowaliśmy oddalające się plecy.
-  Uff…udało się. Ale ten twój dowódca sztywny. Jakby kij połknął czy co… - powiedziałam, choć najwyraźniej zbyt głośno, ku przerażeniu Renji’ego.
  To działo się w ułamkach sekundy. W jednej chwili Kuchiki się zatrzymał i obrócił w naszą stronę wymawiając cichą komendę, a już w drugiej zwiewaliśmy z zawrotną prędkością będąc smaganymi po tyłkach tysiącem kwiatów wiśni. Zatrzymaliśmy się dopiero wtedy, gdy wypluwaliśmy płuca, a ostatnie płatki zakończyły swoją pogoń zawracając. Padliśmy z ulgą na ziemię charcząc i świszcząc przez jakieś pięć minut próbując dojść do siebie. W końcu gdy mój towarzysz podźwignął się na kolana, a następnie na równe nogi, w miarę swoich możliwości zerwałam się z gleby i przylgnęłam do niego obejmując go udach.
-  Wybacz mi, wybacz mi! Sprowadziłam na ciebie złość Kuchiki’ego swoją niewyparzoną gębą i brakiem umiejętności w regulacji tonu własnego głosu~! Nie zabijaj mnie, tylko mi wybacz, o miłosierny…! – wyłam mu w kimono mocząc je rzewnymi łzami, gdy on nagle ku mojemu zdziwieniu zaczął się śmiać.
-  Nie przesadzaj, młoda. Pakowałem się w gorsze sytuacje, szczucie mnie Senbonazkurą zdarza się dość często, więc w żadnym razie nie mam do ciebie o nic żalu, wręcz przeciwnie – dostarczyłaś mi niezłej rozgrzeweczki na dzisiaj – przeciągnął się, aż strzeliło mu kilka kości – No już, wstawaj. Mamy jeszcze trochę czasu nim powinniśmy się zjawić u Matsumoto, ale jeśli ruszymy sobie spacerkiem, to dojdziemy na czas.
-  No to chodźmy – uśmiechnęłam się i wyprostowałam, lecz mimo wszystko musiałam trzymać się go za ramię, bo moje nogi były jak z waty – wiesz, jako dżentelmen mógłbyś mnie wziąć na barana.
-  Mógłbym. A co będę z tego miał?
-  Dozgonną wdzięczność? Szczery uśmiech?
-  Jakoś mnie to nie przekonuje…
-  To rozegram to inaczej. Jeśli mnie nie podrzucisz, to powiem Yumichice, że masz problem z pielęgnacją włosów. Załatwię ci tym samym minimum trzygodzinny wykład, po czym drugie tyle testów różnych odżywek i szamponów. Wchodzisz w to?
-  …wskakuj.

***

-  Zaraz zasnę…
-  To może jednak chcesz na własnych nogach…? – wystękał Renji.
-  Nie…aż tak spać mi się nie chce. Po prostu tak monotonnie tobą telepie… - westchnęłam.
-  Jeszcze jedno słowo…
-  Słowo? – spytałam z wrednym uśmieszkiem, który zaraz spłynął mi z twarzy jak tylko z zaskoczeniem zsunęłam się z jego pleców na twardą podłogę – może jakieś ostrzeżenie?!
-  Ostrzegałem. Poza tym jesteśmy na miejscu – rzucił szczerząc zęby i nie zwracając na mnie uwagi zapukał do drzwi.
-  Goście goście~! – zaśpiewała Rangiku biegnąc do nas i wpuszczając nas do środka – oh Matsu-chan przyszłaś! Wiedziałam, że kiedyś do nas wrócisz!
  Nim się spostrzegłam poczułam jak zgniata moje żebra w morderczym uścisku pełnym miłości. Jak tylko udało mi się złapać oddech i chwilę potem zrekonstruować zmiażdżoną śledzionę, odparłam:
-  Też się cieszę, że cię widzę Matsumoto-san. Też miałam takie przeczucie, lecz nie sądziłam, że nastąpi to tak szybko.
-  Już siadaj siadaj, dziś ci nie odpuszczę i napijesz się z nami, nie ma zmiłuj~! – pogroziła mi palcem z uśmiechem, po czym podała spodeczek i zalała go przezroczystym płynem.
-  Nawet nie mam zamiaru odmawiać – mruknęłam zaciągając się zapachem. Już chciałam umoczyć wargi, gdy drzwi się rozsunęły i do środka dumnie wkroczył Yumichika. Tak jak myślałam, przyszedł sam. Jego wzrok powędrował do mnie, co poskutkowało uniesieniem przez niego brwi.
-  Co ty tu robisz?
-  Siedzę…i piję.
-  Myślałem, że ty nie pijesz.
-  No bo nie piję.
-  To dlaczego pijesz?
-  Bo mogę.
-  Argument nie do przebicia – mruknął.
  Zlustrował mnie wzrokiem, po czym w oku błysnęło mu coś, co nie wydawało się miłe. Uśmiechnął się chytrze, po czym zwrócił się do Renji’ego i szepnął mu coś na ucho. Ten przez chwilę analizował jego słowa, spojrzał na mnie i zaśmiał się.
-  Zgoda! – huknął, uścisnęli sobie dłonie, które „przecięła” nie bardzo interesująca się ich sprawkami Matsumoto-san.
  Patrzyłam się na nich bez zrozumienia i z lekkim niepokojem, lecz w sumie nie przyszłam tu po to, by zajmować się ich głupimi pomysłami. Wzruszyłam ramionami i wypiłam sake jednym haustem. Gdy krzywiłam twarz próbując przywyknąć do specyficznego posmaku, Ayasegawa usiadł obok mnie i pochłonął swoją porcję i będąc przy tym w o wiele lepszym stanie niż ja. Nie poświęciłam mu dużo uwagi, wracając do wypełniania swojego planu. Jednak mój plan się nie powodził. Byłam przytomna zarówno przy siódmym spodeczku gdy dołączył do nas Hisagi-kun, jak i przy dwunastym kiedy moja kochana porucznik Dziesiątej Dywizji zaczęła odpływać do innego wymiaru. Nie zbyt cieszyłam się z tego faktu, że każdy ma jakieś swoje przeżycia, a mi się nawet nie kręci w głowie. Przy dwudziestym zwyczajnie zrezygnowałam chowając twarz w dłoniach. Uznałam, że zwyczajnie nie ma sensu siedzieć tu dłużej. Obróciłam się w bok by zobaczyć, w jakim stanie jest Piórkowaty i od razu dotarło do mnie, że coś jest nie tak. Ilekroć widziałam go pijanego, nigdy nie był aż tak blady.
-  Ej, Yumichika! Wszystko gra? Może już sobie na dziś darujesz…? – potrząsnęłam nim, na co zareagował przeciągłym jękiem.
-  Niee…na dziś koniec. Wracasz ze mną do oddziału…
-  Puść mnie. Zostaw mnie w spokoju, ty… - warknął, po czym na chwilę zrobił się zielony. Skrzywił się, ale na szczęście mu przeszło.
-  Nie, nie zostawię cię tu w takiej sytuacji – powiedziałam cicho – idziesz ze mną, czy tego chcesz czy nie, bez dyskusji.
-  Powiedziałem puść mnie! – podniósł głos i zaczął się szarpać, lecz szybko tego zaprzestał, bo zrobiło mu się tylko gorzej.
  Nie odpowiedziałam już. Szturchnęłam Renji’ego, który, ku mojemu zdziwieniu, nie wypił dużo i był w miarę trzeźwy, by mi pomógł. On rzucił tylko krótkie „wiedziałem”, po czym przerzucił sobie jego rękę przez kark i zaczął targać na wpół przytomnego oficera do sąsiedniej dywizji.
-  Co mu strzeliło do głowy! Możesz mi powiedzieć? – spytałam czerwonowłosego, bo od Ayasegawy odpowiedzi raczej bym się nie doczekała.
-  Raczej nie zwracałaś uwagi na to, co się wokół ciebie dzieje, co?
-  No…niezbyt.
-  Właśnie. Yumichika na początku założył się ze mną, że skoro to twój pierwszy raz to postara się „dotrzymać ci kroku” i ostatecznie wypić więcej. Niestety jak się okazało, masz naprawdę silną głowę i odporny organizm. Piłaś w szybkim tempie, a on jak głupi próbował nadążyć, aż wylądował w tym stanie. Nie wiem, ile ty pochłonęłaś, ale on wysiadł chyba na…
-  Dziesiątym…zdecydowanie za szybko… - szepnął obgadywany, po czym znowu zamilkł.
-  Oh…co za kretyn – warknęłam – czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co ty zrobiłeś?!
-  Ja? Co ja zrobiłem…?! Ja po prostu… - urwał łapiąc się za żołądek.
-  Uh, nie kończ, nawet nie chcę ciebie słuchać. Za takie lekkomyślne zachowanie to powinnam zostawić cię tu na środku, ale znaj moją dobroć.
  Nie odpowiedział z czego się ucieszyłam. Gdy dotarliśmy do jego kwatery Abarai zrzucił go na jego posłanie, co chory skwitował przeciągłym jękiem.
-  Dziękuję ci. On ci się chyba nigdy nie wypłaci. Ja w sumie też mam u ciebie dług, poniekąd jestem za to odpowiedzialna…
-  Ja tego rozstrzygać nie będę – wyszczerzył się rozprostowując kark – ja się już ulatniam. Muszę być jutro w miarę przytomny, by załatwić te wszystkie raporty.
-  Tak…ja tu jeszcze chwilę zostanę – poczekałam, aż za czerwonowłosym zamknął się drzwi i będąc pewna, że Piórkowatego już zmorzył sen, udałam się do jego kuchni. Nalałam mu wody do dzbanka i do szklanki, które postawiłam obok jego kanapy. Wzięłam też koc, który leżał odłożony na krześle, i przykryłam go po szyję.
-  Kretyn… - mruknęłam, po czym udałam się do wyjścia. Nim przekroczyłam próg, usłyszałam ciche „dziękuję”, jednak uznałam to jedynie za pijacki bełkot.
--------------------------------------------------------------------------------
I tak oto dobrnęliśmy do końca tego rozdziału. Liczę, że następnym razem spotkamy się przed upływem kwartału :I 

piątek, 9 sierpnia 2013

Rąbek tajemnicy

Witajcie ;w; *wychyla się nieśmiało zza rogu*
Tym razem wracam po trzech miesiącach...coraz gorzej ze mną D: No, tak już jest, kiedy nikt mi nie truje nad głową "pisz, pisz, pisz, pisz" i tak dalej ;_; Jeżeli następnym razem znów będę się tak obijać, daję wam pełne prawo, by napisać do mnie na gg (w profilu) bądź na asku (http://ask.fm/Matsukis) by mnie podnieść na duchu podczas wenowej deprechy, prosić, skrzyczeć, zganić, strofować, grozić, czy co też wam do głowy przyjdzie xD

Mam też dużą prośbę - jeżeli ktoś chce, bym go powiadamiała o nowych notkach gdziekolwiek, proszę, by pod tym postem lub na podane wcześniej środki komunikacji ze mną zostawił mi taką informację, bo już sama się gubię do kogo mam pisać, a do kogo nie :c

No to tego - zapraszam C:

-----------------------------------------------------------------------------------------
Słońce powoli wznosiło się na horyzont, leniwie oświetlając mijane przez mnie uliczki Seireitei. Wydawało się, jakby cały Dwór wciąż był pogrążony we śnie...w sumie była zaledwie piąta rano.
Już niedługo po otrzymaniu przez mnie piekielnego motyla, dotarłam do bram Dywizji Pierwszej i skierowałam się w stronę kwater Wszechkapitana. W sumie nie dość, że w miarę szybko tu przybyłam, to jeszcze pędziłam niemal na złamanie karku. W końcu jeśli sam Generał Głównodowodzący wzywa zwykłą oficer coś się musiało stać. Tuż przed przekroczeniem progu gabinetu, zatrzymałam się, by sprawdzić swój stan ogólny.

Włosy - uklepać, uklepać...ujdzie.
Mundur - przetrzepać z pyłków - jak nowy.
Oddech - no...bądźmy szczerzy. Jeśli tylko będziemy trzymać pewną odległość to da radę.
Bilans - zawsze mogło być gorzej.

Wzięłam głęboki wdech, możliwie uspokoiłam łomot serca i odsunęłam drzwi. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam. Kapitana siedzącego w ciszy i popijającego herbatkę w towarzystwie swojego porucznika, czy stada słoni paradnych i wielkiego transparentu oraz orkiestry...no w każdym razie spodziewałam się czegoś. Tego, że nie zastanę nikogo, już niestety nie. Zasunęłam z powrotem drzwi i w momencie gdy chciałam się odwrócić usłyszałam krzyk.
-Szósty oficerze Kyorinu!
Zwróciłam swoją głowę w stronę głosu i ujrzałam tam machającego porucznika Sasakibe. Uśmiechnęłam się i szybko do niego podbiegłam.
- Kapitanowie już czekają, proszę za mną - dodał, gdy już znalazłam się blisko i ruszył przodem kierując się w stronę baraków. Zaraz...kapitanowie? To będzie ktoś jeszcze? No pięknie. Dlaczego ja zawsze o wszystkim dowiaduję się ostatnia? Co za życie.
Szłam tuż za białowłosym, rozglądając się uważnie. Poprowadził mnie przez baraki na tyły oddziału. Tam weszliśmy do naprawdę maleńkiego lasku, a gdy wyszliśmy, przed naszymi oczami ukazał się wysoki mur. Skręciliśmy w prawo i szliśmy wzdłuż niego, aż zobaczyliśmy maleńki budyneczek z jedną parą drzwi. Porucznik otworzył je i zaczął schodzić po schodach. Po kilku minutach zeszliśmy na sam dół, gdzie czekały na nas następne drzwi.
- Ja dalej iść nie mogę - rzekł porucznik, stając obok i otwierając je przede mną.
- Tak, dobrze - powiedziałam cicho i przeszłam przez następny próg. Drzwi zamknęły się z cichym łoskotem.

Znalazłam się w małym pomieszczeniu, oświetlonym jedynie dwiema pochodniami wiszącymi na ścianie. Na środku stał stół, a przy nim trzy krzesła z czego jedno było zajęte przez Wszechkapitana. Przywitałam się szybko, kłaniając nisko, a on kazał mi usiąść na drugim miejscu. Szybko wykonałam polecenie i wróciłam do rozglądania się po pokoju. Zimne kamienne ściany, nisko sklepiony sufit...przytulne miejsce na spotkanie, nie ma co. Nagle w jednym z mocno zacienionych rogów coś poruszyło. Szelest materiału, ciche kroki. Podskoczyłam na miejscu, gdy nagle tuż przed mną wyrosła wymalowana twarz.
- Kapitanie Kurotsuchi! - krzyknęłam nie bardzo nad sobą panując.
- Zgadłaś - wyszczerzył się szyderczo i odsunął, a następnie zasiadł na wolnym miejscu.
Jeszcze przez chwilę uspokajałam swoje serce patrząc wilkiem na dowódcę Dwunastej Dywizji, gdy odezwał się Wszechkapitan.
- Na sam początek muszę zaznaczyć, że obecne spotkanie jest całkowicie tajne i nikt nie ma prawa dowiedzieć się o nim. Czy to jasne?
- Tak - odparłam.
- Kapitanie - zwrócił się do trzeciego z naszej grupy - możesz zaczynać.
- Tak, tak. Zacznę od istotnego pytania: czy nadal nie pamiętasz nic co mogło się dziać przed twoim przybyciem do Rukongai?
- Nie...prawdopodobnie coś musiało się stać podczas pogrzebu duszy, tak mi mówił porucznik Renji... - powiedziałam marszcząc nieco brwi.
- Otóż nie. Jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewny, że nie pochodzisz ze Świata Żywych. Właściwie, to nie pochodzisz z żadnego znanego ogólnie wymiaru. - na moment zapadła cisza. Złote oczy Mayuri-sama świdrowały mnie, z kolei ja zbierałam szczękę z podłogi.
- A-ale jak to...? To niby jak, że co... - nie mogłam się wysłowić, więc uciszył mnie jednym ruchem ręki.
- Dawno temu, w swoim Instytucie trafiłem na prywatne zapiski Urahary. Mówiły coś o istnieniu świata zwanego Maureen Tira*. Nie zagłębiałem się w to jednak, gdyż miałem mnóstwo innych obowiązków, informacji było bardzo mało. Szybko o tym zapomniałem. Około sześć lat temu w obrzeżach Rukongai na dosłownie kilka sekund odezwała się dziwna siła. Zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Gdy na miejsce dotarli wysłani przez mnie badacze znaleźli tylko kamienny łuk. Zerowa aktywność. Dziwne, prawda? Po spotkaniu ciebie wspomnienia powróciły. Tym razem postanowiłem nie porzucać badań tak wcześnie. Wróciłem do owego łuku by obejrzeć go na własne oczy, gdy zdarzyło się coś... - urwał pocierając swą brodę i wzdychając ciężko - coś dziwnego. Jestem shinigami, który z reguły stoi twardo na ziemi, nie wierzę w nic, czego nie można by potwierdzić naukowo. Wtedy jednak wydarzenia zdawały się być zupełnie oderwane od rzeczywistości.
*
Kapitan Dywizji Dwunastej stał na wysokim wzgórku tuż obok kamiennego łuku. Obchodził go dookoła, przechodził pod nim, stukał, pukał i klął na czym świat stoi.
- O co tu chodzi?! - irytował się. W końcu usiadł na rozkładanym stołeczku naprzeciwko budowli patrząc na nią i czekając. A nuż widelec coś się stanie...na przykład ożyje i zacznie tańczyć kankana, czy też zaprosi dowódcę na herbatkę. W pewnym momencie mężczyznę z zamyślenia wyrwał cichutki szelest gdzieś za jego plecami. Odwrócił się w stronę dochodzących dźwięków. Najpierw wydawało mu się, że nic tam nie ma, lecz po chwili spomiędzy drzew wyszedł na oko dziesięcioletni chłopiec, o smolistoczarnych włosach; jego oczy były równie ciemne, niczym dwa małe węgielki. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Kurotsuchi pierwszy zabrał głos.
- Czego tu szukasz, mały?
- To Brama Wyjściowa - powiedział powoli, jakby nie usłyszał pytania - nie ma pan tu czego szukać, bo nic pan nie znajdzie.
- Skąd...skąd możesz to wiedzieć...?
- Mogę panu pokazać Wejściową. Jest tam - wyciągnął rękę i wskazał paluszkiem bliżej nieokreślony kierunek.
- "Tam" jest wiele rzeczy - westchnął teatralnie.
- Mogę panu pokazać - powtórzył, wyciągając drugą dłoń w stronę mężczyzny - musi się pan mocno trzymać.
Wyczuwając w owym dziecku jedyną szansę odkrycia dręczącej go tajemnicy, złapał go niepewnie za dłoń.
- Mocno - powiedział jeszcze raz, cierpliwym tonem, którym mama poucza swoją pociechę, co niezbyt spodobało się kapitanowi, jednak zagryzł język - tak lepiej.
Chłopiec zaczął iść przed siebie, ciągnąc mężczyznę za rękę. Z początku wędrówka zdawała się nie różnić niczym od każdej innej. Po chwili jednak mijane przez nich obrazy zaczęły przyspieszać, aż w końcu były jedną wielką plamą w ruchu, mimo, iż ani na chwilę nie zmienili swojego tempa. Jedyne, co dowódca widział wyraźnie, to jego przewodnik i błyszcząca złota bransoletka na jego nadgarstku. Zaledwie po kilku minutach wszystko na powrót zaczęło zwalniać, aż wróciło do normy. Czarnowłosy zatrzymał się i wskazał palcem niemal identyczny łuk.
- To tutaj.
Kurotsuchi rozejrzał się. Jakim cudem, znajdowali się w całkowicie innym końcu Rukongai? Taka wędrówka powinna zająć co najmniej kilka godzin...Z tym dzieciakiem jest zdecydowanie coś nie tak, jednak postanowił na razie tego nie roztrząsać. Zamiast tego podszedł do kamiennej budowli. Na pierwszy rzut oka zdawała się nie różnić niczym od tamtej, jednak przy bliższych oględzinach wyczuwalna była delikatna, nieznana energia.
- Pan zobaczy, jak mi nie wierzy - powiedział mały, biorąc do ręki kamień. podrzucił go kilka razy w ręku i rzucił w stronę Bramy. Leciał gładko, aż w końcu znalazł się pomiędzy ramionami łuku, gdzie błysnął jasnym światłem i zniknął. - widzi pan? Tak jak mówiłem. Brama Wejściowa.
Powiedziawszy to, nie dał mu czasu na odpowiedź, gdy w mgnieniu oka znalazł się tuż przy przejściu.
- Ale musi pan wiedzieć jedno - jeśli nieumiejętnie się przez nią przechodzi, można zapomnieć wiele rzeczy. To samo dotyczy Bramy Wyjściowej - błysnął złotą bransoletką i znikając w portalu zostawił dowódcę sam na sam z nowymi faktami.
*
Słuchałam go całkowicie zbita z tropu. Jego historia wydawała naprawdę nierealna, a gdy do całości dochodził fakt, że jeszcze jej nie skończył, wcale mi nie pomagała.
- Więcej owego chłopca nie spotkałem. - kontynuował - Tego samego dnia zebrałem kilku członków mojej dywizji, by przyjrzeć się temu bliżej. Oczywiście nie obyło się bez testowania. Jednemu z nich wręczyłem własne oko, bym mógł widzieć, to, co dzieje się po drugiej stronie. Wtedy dopiero zwróciłem uwagę i w pełni zrozumiałem słowa dzieciaka - eksperyment, który posłałem na drugą stronę dostał niemal całkowitej amnezji. Chyba nigdy się tak nie wściekłem. Straciłem wtedy oko oraz wgląd do tamtego wymiaru. Plus był taki, że wreszcie mogliśmy się dalej posunąć w badaniach. Prawdopodobnie portal w bramie wpływał znacząco na część mózgu odpowiedzialną za pamięć długotrwałą. Żeby móc bezpiecznie przejść przez Bramę, należy mieć ze sobą coś, co tworzy pole ochronne. Przykładem takiego przedmiotu jest wspomniana przez mnie złota bransoletka chłopca. Udało mi się stworzyć coś takiego, jest to jednak srebrny pierścień.
- Wiadomo, czy dobrze działa? - przerwałam, nie mogąc znieść powolnego rozjaśniania sytuacji, jednak zostałam zgromiona za to spojrzeniem. Przymknęłam się i siedziałam cicho.
- Tak. Mam kilka takich sprzętów, byłem nawet w tym wymiarze wraz z kilkoma shinigami. Rozejrzeliśmy się po terenie. Dziwne to miejsce, nie powiem. Ludzi tam zamieszkujących nie można nazwać ani żywymi ani martwymi; są jakby zawieszeni pomiędzy tymi stanami. Tam nie istnieje nic takiego jak śmierć naturalna, jest tylko morderstwo. Nad całą krainą panuje król. Podlega mu kilka pomniejszych wsi. Poza nim są tylko rozległe niezamieszkane lasy. Wymiar nie jest duży. Udało nam się porozmawiać z mieszkańcami. Na podstawie uzyskanych od nich informacji udało nam się złożyć w całość pewną historię. Opowiada ona o szóstce ludzi, stworzonych przez chorego na umyśle pseudonaukowca. Każde z nich otrzymało moc, dzięki której byli w stanie przywoływać naprawdę silne demony. Naznaczeni, bo tak ich nazywano, podczas transformacji zostali napiętnowani. Każdemu z nich, pozostało na ciele znamię, wskazujące na ich odmienność oraz potężną moc. Owe znamię przedstawiało również zwierzę, gdyż to właśnie takie postaci przyjmowały ich demony.
Na moment, który wydawał się wiecznością w pomieszczeniu zapadła cisza. Wpatrywałam się tępo w prawą rękę, czując, jak na sercu osiada mi ciężar. Oddech zrobił się płytki.
- Nie...nie...po prostu nie. To nie może być prawda... - szeptałam, uśmiechając się głupkowato, praktycznie nieświadomie.
- Ciekawe...bardzo ciekawe... - mówił kapitan Kurotsuchi, bacznie mnie obserwując.
- Przepraszam, ale co jest takie ciekawe? - spytałam patrząc na niego z wyrzutem, jednak widząc, że odpowiedzi nie doczekam, dodałam - Pff. A przepraszam, że w ogóle zapytam, ale czy zostałam o tym powiadomiona, tylko po to, by wywrócić moje życie do góry nogami, czy jednak jest w tym jak jakiś ukryty sens, którego nie widzę?
- Jest - wtrącił Wszechkapitan, o którego obecności niemal całkowicie zapomniałam - podejrzewamy, że to właśnie oni stoją za atakami w Rukongai. Wyjaśniałoby to brak żadnych wskazówek. Mają oni zupełnie inny rodzaj energii, to właśnie dlatego nie mogliśmy zidentyfikować ich, ani z niczym porównać.
- Sprytni są - mruknęłam, lecz po chwili dodałam nieco głośniej - ale jaki mieliby cel w atakowaniu Soul Society?
- Całkiem możliwe, że chodzi właśnie o ciebie. Jesteś brakującą członkinią, z pewnością cię do czegoś potrzebują. Do czego? Tego nie wiemy. Jeszcze. Jednak jest sposób na to, by się tego dowiedzieć. Musisz ich rozpracować od wewnątrz.
- Słucham? - ja się chyba przesłyszałam. Jestem potrzebna reszcie Naznaczonych, by dokończyć jakiś chory rytuał czy inne bardzo niebezpieczne coś, a oni chcą mnie do nich wysłać? To tworzy perfekcyjny sens, o tak.
- To co usłyszałaś. Uprzedzając twoje pytanie - jeżeli się do nich dostaniesz, możesz w miarę możliwości opóźniać wszystko. Oczywiście i tak musimy trochę odczekać. Musisz stać się silniejsza, najlepiej, jeśli opanowałabyś bankai - powiedział kapitan Kurotsuchi.
- Bankai? To przecież wymaga około dziesięciu lat pracy! Czy my przypadkiem nie mamy mało czasu?
- Niekoniecznie dziesięciu. Można ten czas optymalnie skrócić, jednak szczegółów dowiesz się później. Ponad to, czy zauważyłaś ostatnio coś dziwnego w swoim życiu?
- Eee to znaczy? - lekko zbiła mnie z tropu ta nagła zmiana tematu.
- Przez ostatnie kilka tygodni kilkakrotnie trafiałaś pod moje skrzydła. Aplikowałem ci dawki pewnej mikstury, która wspomagała i zwiększała twoją odporność. Aktualnie twoja regeneracja zdrowia i leczenie ran jest tak przyspieszona, że gdybym wbił ci miecz w brzuch na wylot i przekręcił kilka razy, po kilku minutach nie byłoby ani śladu. Chcesz może spróbować? - wyszczerzył zęby w swym psychopatycznym uśmieszku.
- No może niekoniecznie, wierzę panu, kapitanie. - wyciągnęłam przed siebie ręce w obronnym geście, i odsuwając się nieco.
- Jak chcesz - odparł, niezbyt zadowolony - gwoli ścisłości - informacje o Maureen Tira i tak już niedługo będą ogólnie znane, jednak element dotyczący Naznaczonych musi na razie pozostać w tajemnicy. Nikt ani nic nie może o tym wiedzieć.
- Dobrze, ale ja się jeszcze nie zgodziłam!
- Biedna...myśli, że ma wybór. Oświecę cię - nie masz. Zrobisz to, dla większego dobra.
- Ale...ale! To jest...takie argh! - umilkłam wiedząc, że nic już z tym nie zrobię. Przegrałam.
- Widzę, że jednak nie będziesz sprawiać problemów. To dobrze. Do czasu aż wyślemy cię do twej ojczystej krainy będę na bieżąco monitorował twoją siłę, odporność i tym podobne. Raz na tydzień powinno wystarczyć.
- Tak jest - mruknęłam.
- Cieszę się, że ty także się cieszysz. Możesz już iść. I pamiętaj - ani słowa!
- Tak jest - wstałam z krzesła i skierowałam się do drzwi, gdy nagle się zatrzymałam i odwróciłam z powrotem do nich - mam jeszcze jedno pytanie.
- Mianowicie?
- Jeżeli pochodzę stamtąd, a według pańskich informacji, kapitanie, oni mają zupełnie inny rodzaj energii duchowej...jakim cudem nikt do tej pory tego u mnie nie zauważył?
- Dobre pytanie - kapitan Kurotsuchi zmrużył powieki - niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć ci na to pytanie.
- No tak. W takim razie - do widzenia. - powiedziałam i wyszłam.
  Paręnaście minut później szłam sobie już spacerkiem próbując przetrawić jakoś nową sytuację w której się znalazłam. Zostałam postawiona przed faktem dokonanym, no...jakby to ujął mój partner "wyjątkowo niepięknie". Mam opanować w miarę szybko bankai, robić nie wiadomo co, a potem udać się do tego całego Mauer...Maore...Ma-coś tam i dołączyć do jakichś psycholi, którzy mniej lub bardziej są odpowiedzialni za...za wydarzenia dnia wczorajszego. "Dla większego dobra", tak? No jasne - "jeden za wszystkich, nikt za jednego". Mam współpracować z wrogiem, bo tak jest lepiej dla ogółu. Ze złości na wszystko, wszystkich, a najbardziej na samą siebie kopnęłam mały kamyczek, gdy nagle ktoś złapał mnie za ramię. Uniosłam głowę by spojrzeć na osobę, która śmie przerywać teraz moje rozmyślania, gdy nieoczekiwanie zostałam zgnieciona w nagłym uścisku.
- Matsuki!
- Em...tak, to właśnie ja - odparłam wciąż zbita z tropu. Objęcia nagle zelżały, aż w końcu w ogóle ustały.
- Shion...? Czy ja o czymś nie wiem?
- Nie skąd, to nie tak! -  zaczął machać rękami w geście obronnym, aż w końcu zaprzestał wydurniania się i powiedział poważniej - po prostu...słyszałem o...tym co się stało wczoraj...
- Nie kończ, okej? Naprawdę, nie mam ochoty o tym z nikim rozmawiać.
- Ale...
- Po prostu nie. Jeżeli jesteś moim przyjacielem to to zrozum.
- Jak chcesz. A tak właściwie, to co tu robisz?
- Spaceruję sobie - uśmiechnęłam się, choć czułam, że nie było to szczere.
- Czy...czy coś cię trapi? Poza oczywiście... - urwał szukając słów, lecz i tak mu to ułatwiłam.
- Nie, skądże. A nawet jeśli, to dam sobie radę sama. Są rzecz, o których nie musisz wiedzieć - powiedziała twardo, jednocześnie strofując się wewnątrz o chłodne traktowanie chłopaka - pozwól, że się już pożegnam. Spieszę się.
  Nie czekając na odpowiedź odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę swej dywizji. Gdy odeszłam kilka kroków usłyszałam jedno zdanie, które ścisnęło mi serce.
- Jak chcesz, ale pamiętaj - wiem więcej, niż może ci się wydawać.
  Co to mogło oznaczać? Nie wiem. Przyspieszyłam tylko kroku, aż w końcu biegłam potykając się o własne stopy czy też przepychając się przez shinigamich. Chciałam jak najszybciej znaleźć się u siebie...jednak chyba nie było mi to dane. W sumie, co kogo może obchodzić to, czego ja chcę? No, na pewno nie jego.
- Oh, a kogoż to moje piękne oczy widzą? - powiedział kąśliwie Yumichika, wyglądając z nad lusterka trzymanego akurat w dłoni - Kyorinu we własnej osobie.
- Mam imię, ciołku - warknęłam, na co on tylko uśmiechnął się pobłażliwie i potargał mi włosy dłonią. Zacisnęłam pięści, lecz szybko odpuściłam. Nie daj się sprowokować, dziewczyno.
- Tak tak, buraczana głowo.
- No...! To już jest cios poniżej pasa! Ty...ty...piórkowaty narcyzie...! - zaperzyłam się. W końcu prawo mówić na mnie "Buraczek" i tylko "Buraczek", ma tylko moja kochana porucznik.
- Dobrze, skończ już, bo tak się zapowietrzysz, że pękniesz - zaśmiał się z własnego, nieśmiesznego żartu i teatralnie otarł łezkę z kącika lewego oka - tak już poważniej...dlaczego zniknęłaś rano?
- Em... - urwałam nie wiedząc co powiedzieć. Nie chciałam kłamać, ale prawdy powiedzieć mi nie wolno...
- Dobra, jak chcesz. Nie męcz się. Masz prawo mieć przede mną tajemnice - mruknął, wracając do podziwiania swego odbicia.
  Uff...ulżyło mi. Jego brak zainteresowania zdecydowanie ułatwiał mi życie. Choć z drugiej strony zastanawiałam się, czy to jego zainteresowanie sobą jest bardziej chore, smutne czy zabawne?
- Twoje odbicie nigdy ci się nie znudzi, prawda? - spytałam.
- Czy coś równie pięknego mogłoby się znudzić? Poza tym na chwilę obecną przyglądam się nowym piórkom, które dziś nabyłem. Piękne, nieprawdaż?
- Jakoś...nie widzę różnicy...właściwie to wyglądają tak samo... - powiedziałam powoli, bacznie obserwując jego ozdoby i szukając choć najdrobniejszego szczegółu jakim mogłyby się różnić.
- Tak samo? TAK SAMO?! Ależ z ciebie ignorantka. Tamte były szkarłatne, a te są o barwie różu pompejańskiego! Z kolei te są kanarkowe, kiedy poprzednie były cytrynowe! Czyż to nie jest ogromna różnica?!
- A czy ja wiem? Żółty to żółty, czerwony to czerwony - burknęłam. Ayasegawa westchnął teatralnie i wyraźnie stwierdził, że nie ma sensu ze mną rozmawiać.
- Okej, to ja muszę już iść - rzuciłam niby od niechcenia.
- Dokąd? - czysto grzecznościowe pytanie, zero zainteresowania.
- Idę na herbatkę do kapitana Kurotsuchi'ego. Będziemy rozprawiać o wyższości operacji bez znieczulenia nad narkozą podczas zabiegów na mózgu.
- Aha.
  Gdyby nie był aż tak zapatrzony w siebie mógłby się zainteresować, dlaczego jego jedyna podwładna chadza do najdziwniejszego dowódcy w całym Seireitei w odwiedziny. Ale jednak był zapatrzony. Nawet sobie nie wyobrażał, jak bardzo idzie mi teraz na rękę.
  Ruszyłam przed siebie i ledwo wyszłam za róg, gdy coś małego rzuciło się na mnie i przygwoździło do ziemi. Ile jeszcze można...
- BURACZKU~!
- Pani porucznik! Ile razy można ci powtarzać, że moje żebra nie są z gumy i się łamią... - jęknęłam, masując obolałe miejsce. Zdziwiło mnie tylko, że po zaledwie kilku sekundach ból zniknął...ach tak...Mayuri-sama coś o tym wspominał...
- Ale Buraczku~! - usta różowowłosej wygięły się w podkówkę, a oczy leciutko zaszkliły się.
- No...no już dobrze - westchnęłam i uśmiechnęłam się od niej, na co rumiana twarzyczka młodej szybko się rozjaśniła - a tak właściwie...to gdzie zgubiłaś Ikkaku? Miał się dziś tobą przecież zajmować, podczas poranno-popołudniowo-wieczornej drzemki Ken-chana...
- To nie ja go zgubiłam - powiedziała poważnie, po czym dodała konspiracyjnym szeptem - on sam się zgubił!
- Taak? To może go razem poszukamy? - powiedziałam, choć i tak wiedziałam, co jest powodem 'zagubienia' naszego trzeciego oficera.
- Tak! Chodźmy, chodźmy! - zaśpiewała młoda ciągnąc mnie za rękę. W sumie, nie musiałyśmy długo szukać. Upite zwłoki Madarame leżały w cieniu drzewka parę uliczek dalej. Yachiru zaczęła na niego krzyczeć, lecz nawet to nie było w stanie go obudzić. Kucnęłam obok niego i zaczęłam tykać go palcem w policzek.
- No, panienko Kusajishi - powiedziałam cicho - co zamierzamy z nim zrobić? Przydałoby się go ukarać, za takie perfidne zgubienie się, nieprawdaż?
- Tak tak! Ukarać! - ucieszyła się dziewczynka.
- Tylko co by tu...
- A co wy tu knujecie?
  Podskoczyłam ze strachu, aż o mało nie upadłam gdy usłyszałam głos tuż przy swoim uchu.
- Pani kapitan! Miło panią widzieć - uśmiechnęłam się, drapiąc się z zakłopotania w tył głowy - właściwie dlaczego kapitan Czternastego Oddziału zawitała w naszych skromnych progach?
- Tak spacerowałam...a co ja tu widzę? Oficer na służbie się opi...
- Zgubił, pani kapitan. Zgubił - uprzedziłam jej słowa, patrząc kątem oka na Yachiru, która w uroczym skupieniu patrzyła na swego ulubionego członka oddziału.
- Tak tak, racja - uśmiechnęła się lekko - ale widzę, że już się znalazł.
- Tak. I właśnie obmyślamy dla niego odpowiednią karę.
- Chyba miałabym pewien pomysł...Yachiru-chan, mogłabyś może szybko pobiec po swoje mazaki?
- Taaess~! - Kusajishi przyjęła na swoją twarz minę, jakby dostała bardzo odpowiedzialne zadanie i już po kilku minutach wróciła z kilkoma pisakami w rękach.
- Bardzo dobrze się spisałaś. Mam nadzieję, że masz ochotę porysować? Bo znalazłam idealne miejsce, na które możesz przelać swoją wyobraźnię - powiedziała wskazując palcem na łysinkę śpiącego. Oczy małej porucznik zabłyszczały ze szczęścia i od razu jęła ozdabiać jego głowę.
  Po zaledwie kilku minutach, kiedy niemal cała glaca zniknęła pod obrazkami słoneczek, kwiatków, mieczy, piesków i czego tam jeszcze młoda nie wymyśliła, a ja wraz z panią kapitan Ōkami chichotałyśmy jak głupie.
- Dobra robota, pani porucznik - wydusiłam z siebie i powstrzymując się przed kolejną falą śmiechu, gdy wyobraziłam sobie minę Madarame gdy się obudzi. Pokarało go za to, że spił się jeszcze przed południem.Yachiru także była bardzo zadowolona ze swojej pracy.
- Pani porucznik, chodźmy do kapitana Ukitake. Na pewno ma w zanadrzu jakieś słodycze, a należy ci się nagroda - powiedziałam kucając obok niej i zbierając pisaki z trawy. W tym samym momencie moje ciało przeszył okropny ból. Straciłam równowagę i poleciałam na plecy, zaciskając powieki i jęcząc przeciągle, gdy nagle przed oczami pojawiły mi się pewne obrazy na których było widać skuloną postać na środku polanki w deszczu, a głowę przeszył przenikliwy dźwięk przypominając śmiech, który szybko przeszedł w krzyk bólu. Wszystko zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Po bólu nie było śladu, jedynie moja twarz była zlana zimnym potem.
- Czy coś się stało? - spytała pani kapitan marszcząc brwi, a Yachiru spoglądała jej zza ramieniu zmartwionymi oczętami.
- Nie nic...coś mi w kolanie przeskoczyło, ale już jest dobrze - odparłam uśmiechając się.
 
Nieładnie tak kłamać, ciuś ciuś.
 
"Nie wtrącaj się, Hebi-chan**. Nie muszę robić zbędnego szumu w okół swojej osoby"
 
Jak wolisz. Odwiedź mnie dziś, co? Dawno nie rozmawiałyśmy, a chyba mamy o czym, nieprawdaż? - zachichotała.
 
" Tak. W sumie przyda mi się to. Przyda nam obu." uśmiechnęłam się w duchu i wstałam na równe nogi otrzepując mundur.
- Chodzimy, pani porucznik - powiedziałam już uspokojona - do widzenia, pani kapitan!
  Pomachałyśmy jej i ruszyłyśmy do Trzynastej Dywizji. 
----------------------------------------------------------------------------
No, mam nadzieję, że nie zapomniałam zupełnie jak się piszę to moje opowiadanie x"D 
* Maureen Tira - wspaniała kraina
** Hebi-chan - takie zdrobnienie dla Zanpakutou Matsuki c:

No, liczę, że następnym razem zobaczymy się szybciej :3 

Skromna ja :3

Moje zdjęcie
Łódź, Łódzkie, Poland
Jeden z najgorszych pod względem częstotliwości pisania autor. Gram sobie w Ligo Lego i ostatnio wróciłam do anime, więc chcę wrócić także tu. Mój twitter to kontaktu: https://twitter.com/Psyducklingok